Sto lat temu ( czytaj: będąc w wieku nastoletnim) sądziłam, że w bieli ujrzeć mnie będzie można chyba tylko w dniu ślubu. Egzamin, po którym stałam się bardzo dojrzała, nie został przeze mnie okraszony białym kołnierzykiem. Zafundowałam sobie jakiś śliwkowy koszmarek. Gdybym chciała jakieś pamiątkowe zdjęcie z matury, to chyba musiałabym podejść do niej na nowo, bo w tamtym czymś na szczęście nie dałam się sfotografować. Tkwiło we mnie bardzo mocno przekonanie, że w bieli ( czy generalnie w jasnych barwach ) nie jest mi do twarzy. Ze blado, że grubo, że brzydko, że nijako... Trzymałam się od tych białych kołnierzyków z daleka. Psychologia systemowa się kłania, bo takie tezy wspólnie głosiły mama i babcia. Ach, te przekazy generacyjne :) Pamiętam pierwszą, nieśmiałą myśl o białej marynarce. Od razu została zestawiona z wyobrażeniem katowickich tramwajów, fruwającej w powietrzu sadzy i wszystkiego co czarne. Przegoniłam ją gdzie popadnie, białej marynarki nie nabyłam, tkwiąc sobie wygodnie w przekonaniu, że to najtrudniejszy ciuch pod słońcem. I wiecie co? To prawda. Białe marynarki są cholernie wymagające. Brudzą się wszędzie tam, gdzie zadbanej i eleganckiej kobiecie nic nie powinno się brudzić ( czytaj: szyja, mankiety ). Wymagają maksimum troski i uwagi - ale dają maksimum stylu i powabu. Rozprawiłam się raz na zawsze z białymi obawami. Teraz w skrytości rozważam wciśnięcie uda w biały dżins... ale do tego trzeba znacznie więcej mentalnej pracy nad sobą samą :)
![]() |
| Zara |







