Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozmyślam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozmyślam. Pokaż wszystkie posty

25 sie 2015

"Szczygieł"




W swoich pomysłach czy planach na lato podzieliłam się z Wami tym dotyczącym  przeczytania "Szczygła". Już od bardzo, bardzo dawna nie jestem na bieżąco z książkowymi publikacjami. Po napisaniu tego zdania zadałam sobie pytanie, czy w ogóle kiedyś byłam :). W każdym razie sporą przyjemność stanowiło dla mnie zawsze wertowanie wydawniczych nowości w księgarni, czy też czytanie na ten temat w czasopismach i internetowych portalach. I choć tak naprawdę rzadko właśnie po nie sięgam, lubię wiedzieć co w trawie piszczy.  Tym razem stało się inaczej. Zapowiedzi i recenzje "Szczygła",  okraszone hasłami że to najważniejsza powieść dekady, zrobiły swoje. Postanowiłam, że przeczytam tą książkę szybko, właśnie teraz kiedy wciąż jest gorąca nowością. Tak po prostu. 

Nigdy nie przerażały mnie grube książki,  nie jestem typem nabijającym  swoje czytelnicze statystyki publikacjami o broszurkowych wymiarach. Bliżej mi w stronę myślenia, że jak coś jest  poważnych kalibrów (czytaj:cegła) to musi być tam zawarta cała mądrość świata i coś więcej, chociaż doskonale wiem, że to nie jest prawda :) Biorąc do ręki "Szczygła" nie sposób nie zarejestrować jednak, że to dosłownie gruba sprawa. Ponad 800 stron może niektórych skutecznie zniechęcić. 

Najdziwniejsze jest dla mnie jednak to uczucie przywiązania do bohatera i chęć poznania jego dalszych losów ( na początku wcale tak się nie zapowiadało). Theo przerywa swoją narrację w punkcie, w którym ja kompletnie nie czuję na to zgody. Rzadko tak mam, że trudno mi jest rozstać się z bohaterem  powieści. W tym przypadku czuję to bardzo mocno. To chyba właśnie jest siłą tej książki - kończysz czytać tą przegrubaśną cegłę, a z tyłu głowy czai się myśl: chcę więcej. Zaczynasz fantazjować o tomie drugim, szukasz miejsc w których autorka zostawiła sobie uchyloną furtkę. Ta opowieść cały czas pracuje w tobie, chociaż  na półce czeka coś nowego do poczytania. I chcę kolejnych stu albo nawet i dwustu stron, chcę hepiendu (ale ja go zawsze chcę).  Bo choć Theo w swoim życiu robi masę głupot, faszeruje się narkotykami, do gardła  strumieniami leje wódkę, nie sposób go nie polubić. To dla mnie nowe uczucie - polubić bohatera-narkomana. Ja z reguły tego typu bohaterów wręcz nie trawię.



Wcale się nie zdziwię, jeśli za  kilkadziesiąt lat będą o nie pisać tak jak o "Grze w klasy" Cortazara. Kultowa powieść młodych ludzi, rzecz o poszukiwania sensu w życiu, składania swoich puzzli w całość. Chociaż Theo ich tak do końca nie poskładał, a przez x lat kierowała nim głównie  autodestrukcja. Poczucie winy, zagubienie i lęk tłumione silnymi narkotykami i alkoholem. Poszukiwanie bezpiecznego miejsca, przystani w której będzie po prostu akceptowany i lubiany. Odkrywanie spokoju w pasji wymagającej skupienia i dokładności. I ludzie - przypadkowo spotkani w miejscu publicznym, z którymi los złączył Theo na całe lata. Lub straceni z oczu po drodze życia, wparowujący do niego ponownie  z impetem bomby atomowej.

Nie mogę oprzeć się refleksji, że alternatywna historia życia Theo byłaby pełna sukcesów, prestiżowych uczelni, spełnionej miłości. A jest ciągła goryczka.

W tym roku to chyba najgłośniejsza powieść, najchętniej  polecana i zachwalana. Dokładam swoją cegiełkę i zaświadczam, że warto.

I stwierdzam, że kompletnie nie potrafię pisać recenzji :)

Kto z Was już  czytał "Szczygła"?

Kto planuje?


Marta






21 sie 2015

Jak zaczynać nie tylko w poniedziałki





Jest spore prawdopodobieństwo, że gdy teraz czytasz ten tekst, jest piątek rano , a Ty opieprzasz się w pracy. Wprawdzie zmaterializowałaś się cała i zdrowa  na  swoim mniej lub bardziej wygodnym krześle, przyjmując pozycję ciała zgodną z zasadami BHP,  w sferze duchowej błądzisz jednak w zaświatach, oddając się frapującym rozważaniom o niebieskich migdałach (czytaj: opieprzasz się w pracy). 

Kawa ci stygnie, owsianka wysycha na wiór w tych sierpniowych upałach. Praca pali ci się w rekach, ale tak bardziej w poniedziałek. W piątek to nawet nie warto czegokolwiek zaczynać...

Żartuję :) Wcale nie chcę  zgłębiać   przedpołudniowych i do tego piątkowych rytuałów rodaczek i rodaków. Mam w ogóle wątpliwości, czy jest sens  wierzyć statystykom w tych sprawach? Chyba że sprawa się tyczy statystyk ruchu jaki odnotowuje w piątki przed południem  na swoich stronach facebook i instagram :)

A tak na serio serio - ja  tylko zastanawiam się, jak to jest z tymi piątkami i z zaczynaniem. 

Przeanalizujmy to zatem.

Dieta? Wiadomo, najlepiej zaczynać  od poniedziałku ;)

Szukanie nowej pracy - to też  najlepiej w  poniedziałek ;)

Ćwiczenia -  wydaje się, że w weekend, ale realny jest poniedziałek ( halo, kto ćwiczy po sobotnim grillu na działce?) 

Wkuwanie słówek z obcego języka - poniedziałek. 


Łapię się czasami na myśli, że jak już coś rozpoczynać to najlepiej  od początku miesiąca albo przynajmniej od poniedziałku. 

Poniedziałek to taki świeżutki, nowiutki start. Dzień zdawałoby się nieskalany wcześniejszymi niepowodzeniami, nieobciążony ubiegłotygodniowym lenistwem, idealny na porządki w życiu,  na grube sprawy, wyzwania, zmiany. Przy poniedziałku jakoś prędzej niż w piątek czy w sobotę. Jest power, jest motywacja, jest zapal. 

Szczególnie mocno czujesz to w piątek i w sobotę. W niedzielę jest to  wręcz kulminacja. Siły, motywacji, planów.

Ale...
Czemuż by nie od teraz, nie od zaraz? 

Pewnie nie wszystko da się już, na łapu-capu jak zwykło się mawiać. Pewnie czasami trzeba wcześniej się przygotować, coś kupić, zorganizować, przemyśleć. Przesunąć dedlajna na rozpoczęcie tej misji na ten przysłowiowy poniedziałek.

Jestem przekonana, że czasami tak się właśnie zdarza. 

Czasami. 

W wielu sytuacjach jest to jednak tylko i wyłącznie wstrętna wymówka. Taka niby-łata na wielką dziurę w motywacji. Przyklejasz ten poniedziałek,  a w poniedziałek dupa i tak  blada.  

Dlatego najlepiej zaczynać od razu, tak szybko jak tylko się da.   

Chcesz tej diety - nie czekaj na poniedziałek, tylko już dziś wieczorem wprowadź słynne "nż" czy "jp"  i przestań  wszystkim na około tłumaczyć, że czekolada to kopalnia magnezu i tak dalej.

Słówka?  Ściągnij na komórkę jakieś podcasty i słuchaj choćby teraz.  

Odwlekanie nie załatwia sprawy. "Poniedziałek" to tylko taki poloplaster na dziurę motywacji. Słabo  klei. Nie raz sprawdzałam. 

A jak u Was?  Lubicie zaczynać w poniedziałki? 

Czy dzień tygodnia ma dla Was znaczenie?

I czy kiedykolwiek zaczęliście coś od teraz  i zadziałało? 

U mnie zadziałało z bieganiem i z podcastami. To nie był poniedziałek  :)

Marta

p.s. dziś zdjęcie z Jest Rudo




18 sie 2015

Rozkładam na czynniki pierwsze bieszczadzkiego naleśnika giganta.






Oficjalnie wychodzę ze strefy urlopu, licząc na miękkie lądowanie w pracy. Grozić mi może delikatna powakacyjna nostalgia, z pewnością też nasilą się u mnie wczesne objawy wypatrywania jesieni. Przez jakiś czas możecie spodziewać się jeszcze  u mnie pourlopowych flashbacków. Dzisiaj jeden z nich. 

Naleśnik. Nie byle jaki naleśnik bo słynny bieszczadzki  naleśnik - gigant z borówkami.

Jedliście podczas pobytu w Bieszczadach? 

Jeśli nie - szybko nadrabiajcie. 

Z wetlińskiej Chaty Wędrowca, do której trafiliśmy bardzo głodni, wprost ze szlaku w ubiegły czwartek. Pierwszy raz spróbowaliśmy  kilka lat temu i wtedy  było go nam tak cholernie mało! We wspomnieniach wybudowaliśmy mu zatem coś na kształt  ołtarzyka,  czcząc jego boski smak i wielką kupę soczystych borówek, którą był posypany. Chociaż Bieszczady leżą o  przysłowiowy rzut beretem od naszych rodzinnych stron, nie było nam po drodze na tego naleśnika od tamtego czasu. Ale, ale... nie bylibyśmy sobą, nie próbując w międzyczasie rozłożyć na czynniki pierwsze składników tego boskiego dania ( którego nazwa, wygląd i receptura są zastrzeżone).  Rzecz jasna, najtrudniej sprawa się ma z ciastem. Na samym początku  uznaliśmy, że  jest ono czymś pomiędzy naleśnikiem a racuchem, nie będąc tak naprawdę w stu procentach ani jednym ani drugim. Wiem, brzmi dziwacznie :)    W ubiegłym roku wydawało się nam, że jesteśmy o krok od rozpoznania jego składu. Oświeciło nas u Madziarów - tam  spróbowaliśmy   ich tradycyjnych placków- langoszy, które swoim smakiem przypomniały nam o naleśniku gigancie. Byliśmy prawie pewni, że to mamy. Tajemnica naleśnika giganta złamana ( langosze smaży się na głębokim tłuszczu,   jest to drożdżowe ciasto z dodatkiem  gotowanych ziemniaków). 

Niestety, chyba  jednak oszukała nas trochę pamięć :)  

Receptura naleśnika  znowu stoi pod znakiem zapytania, bo tegoroczne spotkanie z tym gigantem pozostawiło sporo wątpliwości. To chyba jednak nie jest ciasto jak na langosze. Tomek rzucił hasło, że może parzone jak na ptysie... Dla mnie to już jakaś czarna magia... 

Historia rozkminiania składu jest zatem długa i zawiła, rzekłabym nawet z przymrużeniem oka, że  międzynarodowa.  A naleśnika-giganta w wersji domowej jak nie było, tak nie ma. 

Chodziło  tak  kiedyś za Wami uparcie jakieś danie? Coś zjedzonego wiele lat temu, być może jeden jedyny raz. Smak, który próbowaliście potem odtworzyć? Danie - niby nic niezwykłego, z dobrze znanych składników, wydawałoby się - prosta sprawa do ugotowania w domu. A tu figa z makiem.  

Czekam na jakieś podpowiedzi - kto pomoże rozszyfrować mi tajemną recepturę giganta?   

Marta





7 sie 2015

Lepsza wersja siebie




Naprawdę wiele, wiele lat temu ktoś napisał mi w świątecznym smsie z życzeniami, bym zawsze była taka jaka jestem i  nigdy się  nie  zmieniała. Po latach stwierdzam, że to  musiało chyba podchodzić pod kategorię  złorzeczenia  :)

Dzisiaj tak wielu chciałoby być lepszą wersją siebie.  Aktualny model nas samych co nieco niektórym nie pasuje i tęsknie wyczekują dnia, w którym wszystko będzie już u nich na swoim miejscu. Nie chodzi tylko o ciało, chociaż ono nadal plasuje się w czołówce  i wielu sądzi, że  jest go albo zbyt dużo (to częściej) albo zbyt mało (na serio tak też się zdarza). Chodzi też o realizowanie marzeń, o pasje, o sposób spędzania wolnego czasu, o umiejętności. Chcemy siebie szlifować i błyszczeć niczym brylant, chociaż proces ten częściej przypomina  heblowanie pełnej drzazg sosnowej deski za pomocą  gołej dupy.

Sama nie wiem skąd to skojarzenie, nie potrafię się go pozbyć :)

Pytanie za sto punktów. 
Jak często czerpiesz satysfakcje i radość z tego jaka/jaki jesteś teraz, w tym momencie swojego życia? W tej wersji aktualnej. Z tym co masz w głowie, z tym jak prezentuje się Twoje ciało, z tym co teraz potrafisz?

To punkt pierwszy i obowiązkowy w tym nieskończonym procesie samodoskonalenia. Nauczyć się doceniania samego siebie, niechby nawet pół drogi przed półmetkiem, w tej przydługiej trasie do lepszej wersji siebie.

Bo ta trasa może być na serio przydługa, może stać się takim życiowym maratonem, z wizją mety regularnie się  oddalającą. Zawsze przecież znajdzie się coś nie tak (szczególnie po trzydziestce gdy tak drastycznie spada ten cały metabolizm... dobrze, że z nim  apetyt na życie nie spada :)

Gdy natykam się  w internecie na zdjęcia niegdysiejszych piękności,  które walczą z zębem czasu u chirurgów, upodabniając się czasami do jakiś dziwnych człekopodobnych stworzeń, stwierdzam, że  jest wiele prawdy w powiedzeniu "lepsze bywa wrogiem dobrego". 
I wiecie co, nie cierpię tego sformułowania o byciu lepszą wersją siebie.   
Co wcale nie znaczy, że nie chciałabym  czegoś w sobie zmienić, czegoś rozwinąć, o czymś zapomnieć a czegoś innego się nauczyć. 

Słowo "lepsza" nasuwa jednak skojarzenia ze słowem "gorsza". Skoro lepsza wersja siebie wciąż przede mną, znaczy że ta aktualna jest...gorsza? 
Trudno uwierzyć mi w to, że ten sposób myślenia  towarzyszy szlifowaniu diamentów w brylanty. 

Mam przed oczami tylko tą sosnową dechę...



Marta







6 sie 2015

Ikeaholizm - w oczekiwaniu na nowy katalog





Ikea jest dobra na wszystko. Chcesz przepuścić trochę kasy? Ikea. Chcesz kupić parę pierdółek dla  poprawienia sobie humoru? Ikea. Chcesz zaczerpnąć trochę  inspiracji na wypadek tego remontu co ma być  w przyszłym roku? Ikea. Zastanawia cię co tam słychać we wzornictwie i dizajnie? Ikea.  Brak ci pomysłu na obiad? Ikea. Wypadałoby zabrać gdzieś  dziecko na weekendowa przejażdżkę ? Ikea. Randka? Czemu by nie Ikea? 


Ikea zaspokoi tak wiele Twoich potrzeb. Część z nich rzecz jasna sama w Tobie rozbudzi  - to podstępna mała frania.  A na samym, samiuteńkim końcu, po tych setkach metrów kwadratowych wodzenia na pokuszenie i na kredyt  - prawdziwa wisienka  na torcie. Przesławne hot-dogi zwane przeze mnie pieszczotliwie szitdogami. 


Powoli  nadchodzi ten dzień.  Zbliża się wielkimi, zamaszystymi  krokami. Dzień W Którym Dostępny Jest Nowy Katalog Ikei. Błogosławiony ten dzień dla wszystkich miłośników swojego mieszkania. Ależ to wkurzające jak na innym osiedlu kumpela już nowy katalog dawno  dostała, a na Twoje jeszcze z nimi nie doszli. Raz jeden katalogi szybciej zajechały do Tarnowskich Gór niż na moje, stare katowickie  osiedle oddalone od tego sklepu o kilometr. Prawdziwy skandal :) Skręcałam się z ciekawości co tam nowego Ikea zaproponuje konsumentom tak żądnym nowych rozwiązań dla swojego gniazdka. 


Jakkolwiek nie chciałabym się od niej oderwać- trudno mi znaleźć alternatywne rozwiązanie.  Nie wiem jak w innych miastach, ale w Katowicach sklepów z ładnymi meblami i dodatkami jak na lekarstwo. Agaty i BRW funkcjonują - a jakże. Stylistycznie mi z nimi jednak nie po drodze. Stylistycznie to Ikea mnie zaspokaja. A w kwestii oczekiwania na nowy katalog wcale nie przesadzam :) Cholernie lubię ten moment gdy już jest dostępny. W tym roku jestem go również bardzo ciekawa. Nie wiem dlaczego, ale jego wertowanie sprawia mi  przyjemność porównywalną do wertowanie grubaśnych katalogów  Quelle czy Bon Prixa w latach 90-tych.

Pamiętacie te katalogi? Bawiłyśmy się z siostrą w tak zwane "wybieranie" - z każdej strony  można było wybrać tylko jedną rzecz. Stron było chyba z 1000 wiec miałyśmy zajęcie na długie godziny.

Gdyby tak zabawa w wybieranie z katalogu  Ikei prowadziła do zmaterializowania się wskazanych rzeczy... Ach, ależ byłoby fajnie :)

A pod tym linkiem nowy katalog w wersji z USA. Enjoy :)

Marta



15 lip 2015

W jakim stylu pakujesz się na wakacje ?





Widzisz to? Na łóżku leży zawartość Twojej szafy.

W wariancie optymistycznym - w postaci równiutko ułożonych, przemyślanych pod względem zawartości stosików, uwzględniających prognozę pogody  z tefałenu wraz z  marginesem  błędu.  Bikini skąpe lub zabudowane - w zależności od kroju majtek zalecanych do kształtu figury (zanim Triny i Susanah weszły na rynek funkcjonował podział na jabłko i gruszkę, jednak te "owocowe" czasy bezpowrotnie minęły - obecnie po świecie chodzą jeszcze  np. kobiety-stożki czy kobiety-kolumny). Dalej - dwie góry - trzy doły lub na odwrót. Coś na tak zwany długi rękaw  i rzecz jasna na długą nogawkę. Dla pakujących się bezdzietnych (lub tych   co wyjeżdżają   z babcią)  - coś odpowiedniego  na szaleństwo do białego rana, jednak wciąż w duchu wakacyjnego luzu czyli bez przesady.

W wariancie pesymistycznym - w postaci jednego wielkiego kopca z ciuchów  piętrzącego się  pod sam sufit. Jakby ktoś pod nimi zakopał metr ziemniaków na zimę. A w tymże kopcu różne dawno  zapomniane skarby. Asortyment uwzględniający nie tylko prognozę pogody z tefałenu wraz z marginesem błędu, ale również szybko postępujące zmiany klimatu. Wełniane skarpety, wełniane swetry, kominy i szale, tak zwana przejściówka na wiosnę i jesień i tak dalej.  Do tego  biała bluzka z matury, zmultiplikowany mityczny   "tiszert po domu", spodnie dzwony sprzed dekady i wiele innych rzeczy okraszonych sentymentem a bywa że i plamą.  W tym wszystkim  ani widu ani słychu po bikini i po majtkach - już nieważne czy tych  skąpych czy zabudowanych.

Chciałoby się napisać, że to prehistoria, jednak jeszcze trochę  pamiętam takie czasy. Wariant numer dwa. Zanim nie wyniosłam tony ubrań do kontenerów PCK, zanim nie przetrzebiłam okazałych zbiorów upchanych w szafie, tonęłam na okoliczność pakowania. Nie tylko tego związanego z wakacyjnym wyjazdem, lecz z każdym innym także.  W przypływie sił i optymizmu wywalam wszystko na środek pokoju  i niczym nurek - rzucałam się w odmęty tej ubraniowej toni. Zwykle schodziło mi mniej więcej do północy - po wstępnym rozeznaniu w tymże bogatym arsenale  trzeba było  jeszcze wytypować te dwie góry i trzy doły.


Cieszy mnie, że to już za mną.  Odkąd pozbyłam się niepotrzebnych rzeczy pakowanie stało się prostsze i przyjemniejsze. Pewną pułapkę stanowi   fakt, że wyjeżdżamy na urlop własnym samochodem. Pojemny bagażnik kusi. Jednak w tym roku postanowiłam nie popełniać zeszłorocznego błędu i nie wywozić ze sobą połowy domu tylko dlatego, że jest miejsce.

Czy jest tu ktoś wyjeżdżający na urlop własnym  samochodem ? Jeżeli tak - czy znany jest mu ten syndrom przepakowywania mieszkania do auta?

Trzeba mocno trenować silną wolę mniej więcej  miesiąc przed wyjazdem, by myśl "to jeszcze się może przydać" nie zakiełkowała razy tysiąc podczas pakowania. A jak kiełkuje-  to szybko jej ukręcić łepek, zdusić ją w zarodku,  by nie przemieszczać się po świecie niczym w cygańskim taborze .

Szkoda koni - nawet tych mechanicznych.



p.s. Jako ilustracje moich dzisiejszych wywodów zamieszczam zdjęcia z tegorocznej kampanii toreb podróżnych LV.  Stylowe jak te torby. 



Marta





8 lip 2015

Moje plany i cele na to lato





Lato się rozkręciło - i zakręciło mi w głowie :) Mniej jem, mniej śpię, a i tak czuję się  bardziej wypoczęta, opaliłam też  trochę nogi :)  Charakterek mi łagodnieje, a słońce mnie rozleniwia i mobilizuje zarazem. Też tak macie? Najpierw wygrzewam się niczym jakiś  kot na piecu i kompletnie nic mi się nie chce - by potem z tą całą masą słonecznej energii skumulowanej we mnie działać na dużych obrotach do północy.Od 3 dni obroty ciut mniejsze - zachorzałam... Tak przy lecie, ehhh :)

Zainspirowana kilkoma ulubionymi autorkami blogów  ( tak- czytam głównie kobiety), które dzieliły się ostatnio swoimi letnimi planami, postanowiłam podzielić się też swoimi. Może kogoś zainspirują, może staną się dla mnie publicznym zobowiązaniem... I tak po prostu  - fajne pomysły mam na to lato to się dzielę :)  

Zamierzam przeczytać "Szczygła" bo to  ponoć świetna powieść.

Chcę obejrzeć " Miasteczko Twin Peaks" - tym razem z odpowiedniej, dorosłej perspektywy i nie przez szparę w drzwiach. Ale słowo honoru, że się trochę boję :)

Chcę najeść się świeżutkich fig - i mieć ich wreszcie po dziurki w nosie.

Spędzić noc w schronisku nad Morskim  Okiem i...

Wejść na  Rysy - pisałam o tym już tutaj.

Upiec ciasto drożdżowe z borówkami - jeszcze nigdy nie piekłam.

Ruszyć rowerem w długą trasę - idealnie byłoby z 2-3 noclegami, ale może to będą jednodniówki z  wieczornymi powrotami do domu ( tu do rodzinnego).  Jeszcze  nie wiem czy to będą Bieszczady jak 2 lata temu, czy bardziej  okolice Gór Słonnych i Przemyśla. No, tak kolokwialnie,  chcę sobie dać w dupę na rowerze :) 

Zrobić zdjęcia pięknej cerkwi w Uluczu, skąd pochodzę. Nie mamy w domu chyba ani jednego. 

Zobaczyć Dom Julii w Weronie.

Obfotografować jakiś piękny włoski targ pełen owoców i warzyw. 
Zjeść jakiś dziwnie wyglądający owoc morza- to jest moje wychodzenie z przesławnej strefy komfortu

Zapalić ognisko. I upiec kiełbasę na patyku. 

Iść na całonocną imprezę na Kazimierz.

Namalować obraz dla przyjaciół.  

I spróbować akwareli. Podobają mi się niesamowicie akwarelowe obrazy.   

Przebiec 10 km.

Umyć okna przed zimą  (tak, to jest  mój przypadek ).

Dodać ikonkę instagrama na bloga ( ach, znając mnie to zejdzie mi do jesieni:) )

No i wreszcie zostać słynną blogerką i zaznać fejmu  ( tu puuuuszczam wirtualnie oko ) :)



Kto ma jakiś punkt zbieżny z moim, no kto?  Bardzo jestem ciekawa Waszych planów.


Czasu mamy co niemiara, a przynajmniej do 22 września :)


pozdrowienia ślę :)

Marta 








 

6 lip 2015

Jak przetrwać upały






Południowcy mają to we krwi. Trwają w upałach z godnością  i nienaruszonym wizerunkiem.  Gniotą lniane sukienki i marynarki z wdziękiem, tylko tyle ile trzeba by len wyglądał jeszcze lepiej niż spod żelazka.   Noszą wypielęgnowane stopy w lekkich skórzanych sandałkach, koronkowych espadrylach, mokasynach do filuternie podwiniętych nogawek spodni. Spryskują się  z gracją wodą termalną w aerozolu, roztaczając wokół siebie  chłodzącą mgiełkę. Podjadają tony pomidorów z bazylią, soczyste melony, pękające z dojrzałości figi i brzoskwinie. Poza tym przysługuje im niebiański wynalazek w postaci kilkugodzinnej sjesty, kiedy to można mieć wszystko na legalu w czterech literach, oddawać się relaksowi, chłodzić gdzieś pod krzakiem albo w klimatyzowanych knajpkach na lanczu. Poza tym wyjątkiem mamy wobec lata równe prawa, nikt nie zabrania nam przecież robić dobrego użytku z upału. Walczmy zatem niezmordowanie o godność i nienaruszony ( zbyt mocno) wizerunek :). Najlepiej byłoby zainstalować się gdzieś blisko mariny, nad jeziorem czy morzem. Zycie to nie są jednak wiecznie wakacje, a Śląsk to nie Mazury...

Jak przetrwać upały


Zacznijmy od porządnych okularów. Nie, nie będę namawiać Was na diory i szanele bo sama mam nosie  tylko mango. Grunt jednak, by model okularów dosyć wysoko zasłaniał oczy, zachodząc aż na brwi. Odwdzięczy się Wasze lico brakiem pionowej  zmarszczki między wspominanymi właśnie brwiami a nosem, wynikającej z częstego mrużenia oczu, no i nie będziecie w przyszłości wyglądać na wiecznie zagniewanych. O filtrach z atestem  już nawet nie wspominam,   chyba teraz wszystkie je mają? 

Filtry na skórę to nie jest moja specjalność i zdarzyło mi się chodzić z czerwonym nosem, czołem  i spieczonymi ustami. O ustach zwykle się zapomina, a naskórek tam jest bardzo delikatny. Wystarczy zwykły sztyft ochronny z filtrem za parę złotych a jest o niebo lepiej.  Głupio mi trochę, ale przyznać się muszę do niezdrowego opalania. Dla swojego usprawiedliwienia wspomnę że opalam się średnio 5-7 dni w roku,  w tym 3 już mam za sobą.  Niewiele mi  ich pozostało :). 

Polak mądry po szronie. Przed szronem zgrywa chojraka. A jakże, z ochotą i determinacją włożyłam przedwczoraj  do lodówki cały zapas  wody, delektując się po jakimś czasie zimną wprost z butelki. Ostatnio  bywało  też tak, że prawie  łeb wpychałam do tej całej machiny wentylacji, byle uszczknąć chłododajnego wiatru. Mam za swoje, katar kapie mi z nosa jak nie było za dawnych zimowych czasów, a gardo mam bolące i zdarte jak tarka. Będę pic wodę  w pokojowej  temperaturze do końca lata!

Mgiełkuję się namiętnie oliwkową ziają - taką samą jak ta tutaj. Demokratyczna jest i na każdą kieszeń, nie to co vichy i inne aveny pretendujące do miana z wyższej półki. Po ziaję sięgasz z  dyszką i paroma drobniakami  w kieszeni i  masz kojący w zapachu, chłodzący i odświeżający specyfik. Wrzuć do torebki/plecaka czy gdzie tam zwykle wrzucasz, bo warto. 

Toczymy z Tomkiem nieustanne dysputy  w temacie zamykania/nie zamykania okien w czasie upałów. Moja logika podpowiada mi żeby robić przewiew. Tomka - że przez okna i drzwi balkonowe wpuszczamy do środka żar i gorące powietrze. Bawimy się zatem w zamykanie/otwieranie. Przyznać jednak muszę, że dzisiaj poszłam za jego radą i... było chyba troszkę lepiej.

Na koniec świetna rada od Mortycji - szczególnie  ta numer jeden. Przecież już coś ględzą o niżach i ochłodzeniach...   

Jakie macie sposoby na upały?  Wanna z lodem, sorbet zamiast zupy? Piszcie, powspierajmy się razem :)



1 lip 2015

Jedzenie, po którym masz ochotę wylizać talerz



To nie jest mądry tekst. Ostrzegam, jeżeli liczysz na przeczytanie czegoś, co odmieni Twoje życie, natchnie Cię do działania, odwróci złą passę losu lub da jak obuchem w łeb.  W przypadku takich właśnie oczekiwań żywionych  względem tego tekstu- radzę nie klikac w "read more".  We wszytskich innych - serdecznie zparaszam :)

Zapomnijmy na chwilę o dobrych manierach. Nawet jeśli w drzewie genealogicznym zabłąkała nam się jakaś prababka hrabianka, czy inna zubożała -czy też nie - szlachcianka. Nawet jeśli savoir-vivru uczyliśmy się na ekskluzywnych warsztatach u samej Jolanty K. Nawet jeśli pod poduszką mamy cały stosik poradników o tym  jak być jak Francuzką (jakby bycie Polką było nie-ok).  Wreszcie, nawet jeśli nie wypada. Ja chcę  Was dzisiaj zapytać o jedzenie, po którym macie ochotę wylizać talerz. Dokumentnie, systematycznie, z namaszczeniem, w głośnym mlaskiem - wylizać talerz do cna. Nie uwierzę, jeśli czasem taka mala,  podstępna ochotka, taka tyci tyci pokuska,  nie uczepi się właśnie was. Że tęsknym, rozmarzanym  wzrokiem nie żegnacie czasami talerza pełnego pysznego sosiku, tak drastycznie oderwanego wam od ust i niesionego w stronę czeluści zmywarki do naczyń. Że waszych ust nie rozdziera czasami niemy krzyk na widok smakowitych okruszków wyrzucanych ot tak, bez mrugnięcia okiem. Albo fantazyjnych  przyozdobień i  dekoracji, które - nie wiedzieć czemu - chociaż jadalne, służą tylko do upiększania.   Że w restauracji, u cioci na imieninach, u kumpeli na babskiej posiadówie, u teściowej, u własnej osobistej mamy, na pikniku w parku, na zlocie foodtraków, w modnym bistro, w najprawdziwszym barze mlecznym, czy gdzie Was jeszcze kubki smakowe nie poniosą- nie macie czasem ochoty wylizać na błysk talerza. Bo ja mam, przyznaje się. Ha! Bywa nawet, że oddaję się tej pokusie. 

Wybitnie namiętnie podchodzę do dzieła na okoliczność wylizywania talerza po wszelakich pierogach z owocami. Z borówkami, z truskawkami, a nawet z jabłkiem. To, co pozostaje na talerzu, gdy wszystkie soki, omasty, cukry i śmietany ( lub jogurty - u tych z silnym charakterem) wymieszają się razem tworząc słodki sos, to czysta ambrozja. Kto nie lizał ten nie wie.  Cała reszta po prostu musi przyznać mi rację. Toż to czyste barbarzyństwo, wręcz  marnotrawstwo - oddać taki talerz do umycia. Jak rzecze Makłowicz - tyle tam tego dobra, że koniecznie należy to wykorzystać, angażując w to własny nos i język. Tu nie mogłabym nie wspomnieć o knedlach ze śliwkami, serwowanymi w podobny sposób.   Nie inaczej ma się sprawa w przypadku placków ziemniaczanych z pysznym gulaszem, udekorowanych - a jakże - odrobiną śmietany
( zdaje mi się, że atrakcyjność talerza wzrasta dla mnie wraz z pojawieniem się na potrawie  kleksu śmietany...). Jednak nie -  podduszana, młoda kapustka serwowaną z mięciutką pieczenią lub sadzonym jajkiem, młode ziemniaczki podawane ze zezłoconą cebulką i kwaśnym mlekiem, makaron z sosem pomidorowo-bakłażanowym, domowe pesto. Trochę się tego uzbierało :) 

Na koniec zacytuję pewną dziewczynkę - to z czasów gdy pracowałam jeszcze w świetlicy. Po nader wykwintnym podwieczorku składającym się z kawałka babki typu dankejk i owocowego koktajlu, mała rzekła " prose pani to jest pysne". Jak jest pysne to trzeba celebrować do końca. I basta :)

Marta


30 cze 2015

Zmiany




Zmiany.

Blog przeszedł mały lifting, zalała go szarość wymieszana z miętą, i nawet gdybym chciała coś pomieszać z odcieniami, póki co nie wiem jak. Ale szarość z miętą jest ok :) Zrobiło się świeżo i radośnie oraz  trochę bardziej przejrzyście. Co umiałam - zmodyfikowałam. Reszta musi poczekać na lepsze czasy lub wsparcie techniczne w postaci drogiego Szwagra :). Cóż, "read more" trochę mnie wkurza, ale nikomu nie muszę tłumaczyć co oznacza. Podobne uczucia żywię do "search" -skrytego w prawym górnym rogu :). Stwierdziłam jednak, że nie będę zaprzątać sobie głowy takimi drobiazgami, a że hejterów nie mam to pewnie nikt nie bedzie mi wytykał tych drobnych nieścisłości językowych. 

Zmiany, zmiany, zmiany... Długo zeszło nim wcieliłam je w życie.  Przyznać jednak muszę, że ze mianami wizerunkowymi - pokuszę się o takie stwierdzenie -  tak właśnie u mnie jest. Od zawsze mam jedną fryzurę (no może poza baaardzo nieudanym eksperymentem tuż przed klasą maturalną - to wyjaśnia moje stanowisko w tej sprawie:) ). Nie zmieniam koloru włosów. Ubóstwiam zachowawczych fryzjerów, którzy wolą dociąć niż za dużo przyciąć od razu . Nie noszę eksperymentalnych ubrań, nie pędzę w stronę szybkich trendów na chwilę. Dobrze mi tak z tą moją  stałością. Być może to  wyjaśnia skąd ta moja opieszałość w tej całej  działalności internetowej i dlaczego tak długo blog był brzydki. Być może to tylko głupia wymówka :) 

No nic, pozostaje mi tylko  postawić fundamentalne pytanie: podoba  się komuś ta mała zmiana? :)

pozdrawiam słonecznie

Marta 

26 cze 2015

Mój alfabet lata






Alfabet lata... Cudownie ciepłe dni, przykrótkie noce i kołdry,  odliczanie godzin do urlopu, paciorki czerwonych i czarnych porzeczek, papierówki... Bikini, palce poplamione borówkami, piegi, muszelki poupychane po kieszeniach, letni romans i nieletnie fiu-bździu w głowie... Rozgrzany asfalt, trampki i espadryle, wyjście nad rzekę, wczasy pod gruszą, miód lipowy... Lato potrafi zawrócić w głowie, odebrać rozum, albo dać pstryczka w nos i spuścić wiadro wody na łeb w nadbałtyckich kurortach...  Każdy ma swój alfabet lata - spisywany przez tyle lat ile mamy.

  

23 cze 2015

Przedmioty i wspomnienia





Są takie przedmioty, które przywołują wspomnienia natychmiast. Zwykła stolnica. Wyjmuję ją z miejsca w którym kiedyś stanie pewnie zmywarka i przypominam sobie babcię, od której ją dostałam. Potem skojarzenia pędzą już jak szalone, wymykając  się spod kontroli. Jak babcia to i te wspaniałe kluchy z sosem, a może raczej omastą ze zesmażonej śmietany. Śmietany tak gęstej i tłustej, że   łyżka pewnie stała . Prawdziwej wiejskiej śmietany. Babcia robiła do niej domowe kluseczki, takie cięte nożem, nieregularne w kształcie. Nie jak łazanki - kształt miały trochę   bardziej podłużny.  Ugotowane, ciepłe  kluchy mieszała z  tym śmietanowym sosem i posypywała wszystko twarogiem.  O matko, jakie to było dobre. Jadłam tą potrawę zdecydowanie zbyt wiele lat temu, kiedy jeszcze nie w głowie były mi jakieś kalorie i cholesterole.   Kto tam wtedy myślał o kaloriach?. Może czytelniczki "Kobiety i Zycia", ale i to nie jest pewne :).  Zresztą, w kwestii tego dania nie ma sensu myśleć o kaloriach - porcja miała ich pewnie  tyle co dla drwala. No cóż babcia miała chyba misję "Tuczymy Martę" :)


18 cze 2015

Gdzie i jak sprzedać nienoszone już ubrania i dodatki

Jakiś czas temu postanowiłam pozbyć się nienoszonych ubrań. Na początku nie było mi łatwo i ciuchy - mozolnie odkładane na kupkę do oddania - tuż przed odniesieniem ich do kontenerów PCK ( po wcześniejszym kilkudniowym postoju w korytarzu),  ponownie wracały do szafy. Okazywało się bowiem, że znajduję tam  niezłe "perełki"...  Aż dziw bierze, że nie znajdywałam ich wcześniej w swojej szafie :) A zatem: to jakaś bluzka darzona wielkim sentymentem bo jeszcze z czasów licealnych,  to podkoszulek który z powodzeniem można nosić po domu, to dżinsy które niby niekoniecznie fajne, ale może na grzyby...? Po pewnym czasie i po kilku treningach w sortowaniu nie było już tak ciężko, a ubrania bez ceregieli wynosiłam z domu.  Podczas przeprowadzki w 2014 roku kwestia była w miarę ogarnięta, chociaż ciuchów było i tak ponad miarę, a my  w nowym mieszkaniu tonęliśmy w niezliczonej liczbie worów na śmieci wypchanych ubraniami. W tegorocznym,  drugim etap czystek w szafie  zaczęłam myśleć nad tym, że fajnie byłoby odzyskać część zainwestowanych w te ubrania pieniędzy.  Bo jakoś tak szkoda pozbyć się za bezcen sukienki założonej 2 razy na której nie widać najmniejszych śladów użytkowania, albo lekko  przyciasnej marynarki, która wciąż jest w świetnym stanie. Poza tym   moja podejrzliwość karze mi zastanawiać się nad tym,  gdzie potem podziewają się te wszystkie rzeczy oddawane do PCK dla osób potrzebujących... Może w jakimś szmateksie? Może ktoś na nich zarabia?

Gdzie i jak sprzedać nienoszone już  ubrania i dodatki


10 cze 2015

Ubrania-cudaki

Z perspektywy czasu mocno dziwią mnie pewne modele ubrań, które kiedyś na siebie zakładałam. Takie  hybrydy o nie do końca sprecyzowanej funkcji. Dajmy na to taki golf z krótkimi rękawami. Pamiętacie takie golfy? Ja kilka lat temu miałam ich pełno w szafie. Wprost je uwielbiałam, chociaż dzisiaj zachodzę w głowę, co mi się w nich podobało? Rozłóżmy bowiem tego delikwenta na czynniki pierwsze. Golf - zdecydowanie kojarzy mi się z chłodnymi miesiącami, z ogrzewaniem, otulaniem. A tu bach - krótkie rękawy. Na zimę zatem zdecydowanie za słaby, na lato - no cóż... Przypominam sobie pewne sytuacje, w których zlana potem dusiłam się w tych bawełnianych ( o tyle dobrze)  koszmarkach podczas 30-stopniowych upałów. Dziwne, że któregoś dnia nie złapałam za nożyczki w celu zdekonstruowania tegoż ubraniowego cudaka. Tak, zdecydowanie golf z krótkimi rękawami to mój ubraniowy cudak numer jeden. Poza tym, sama nie wiem czy dobrze mi w golfach... :)

Idźmy dalej. Bolerko. Czym jest bolerko i dlaczego znalazło się kiedyś w mojej szafie? Czy nie miałam wtedy lepszych sposobów  na okrycie  przed chłodem ramion, aniżeli użycie tego przykusego niby-sweterka z dwoma zwisami do zawiązania tuż pod biustem? Dziewczyny szalały za bolerkami, były zatem i takie  z długimi rękawami, były też i z mikro-krótkimi. Takie tyci-tyci niby-żakieciki, dosłownie mikro-marynareczki. Dzisiaj kompletnie nie rozumiem ich fenomenu. Dla mnie to kolejny ubraniowy cudak. Tu wypadałoby wspomnieć o pełnowymiarowej marynarce z krótkimi rękawami.  Miałam taką z h&m - była nie do zdarcia. Pomimo noszenia jej ponad normę, do kontenerów PCK trafiła prawie nieliźnięta zębem czasu. Przyznać się muszę, że czasami zakładałam pod nią coś z długim rękawem... Dopisuję sobie to do stylizacyjnych grzechów wszechczasów.

Lata temu miałam też fazę na bluzki z jak najszerszymi rękawami. Takimi totalnie przepastnymi. Hiper-przeskalowanymi rękawami, na które ktoś zużył 5 razy więcej materiału niż miało to sens. Pamiętam, miałam głębokie przekonanie, że takie rękawy po prostu nigdy mi się nie znudzą. Znudziły mi się i to szybko.



3 cze 2015

Moc kobiecych rozmów

Naprawdę bardzo lubię rozmawiać z moim mężem, fundując mu czasem gimnastykę uwagi ( która - bywa i tak - kończy się jego zadyszką...). Cóż, jestem mistrzynią wielowątkowości, tematów z grubej rury w najmniej odpowiednim momencie, niestrudzoną domorosłą  filozofką, która lubi rozkładać życie na czynniki pierwsze i kolekcjonerką zachwytów, które fajnie jest z nim obgadać. Miewam również magiczną moc wywoływania burzy w szklance wody - tylko za pomocą moich słów.  Doprawdy, są to  iście kwieciste monologi,  prowadzone przez  wprawionego mówcę, którym niewątpliwie  jestem. Byłabym skłonna przyznać nawet, że czasami zamiast zwykłych, pospolitych burz, są to prawdziwe tornada. 
Co innego jednak taki kobiecy dialog... Bez zadyszki, z akceptacją i  zrozumieniem wielowątkowości - od mody najwyższej wagi, po relacje w związku, plany na przyszłość, pomysły  na podbój wszechświata. Pełen przegląd  - od spraw ciała po sprawy ducha. Od trywialnych po maksymalnie (po)ważne. Świetnie jest tak sobie pogadać. Moc kobiecych rozmów jest nieoceniona. Zdecydowanie pozwala na większy wgląd w swoje własne postawy, zachowania i emocje. Nagle okazuje się, że umiejętność wywoływania burz w szklance wody bywa dosyć powszechna, że wkurzanie się o przysłowiowe gary od samego rana to nie tylko moja domena. W międzyczasie można się wymienić  przepisem na ciasto czy zupę, obgadać celebrytów z pierwszych stron gazet,  czy zdać relacje z postępów w tegorocznym opalaniu ( u mnie póki co brak). Tematów nigdy nie braknie i tak trudno odłożyć telefon czy zwyczajnie się rozstać.

pinterest.com



31 maj 2015

Rozpieść swoje wewnętrzne dziecko

Rozpieść swoje wewnętrzne dziecko. Nakarm słodkimi, dzikimi wrażeniami tą cudowną część siebie. I  nieważne czy masz teraz lat 15 czy 50. Zrób to!  Zafunduj jej owocowe sorbety, watę cukrową, karmelowy popcorn i pianki marshmallows jako symbol tego wszystkiego, co zdrowy rozsądek każe zamykać na trzy spusty w pancernej szafie. Upij ją bąbelkami - choćby i z wody gazowanej, ale najlepiej jednak wybierz schłodzone białe wino...  Połaskotaj pod żebrami, niech śmieje się radośnie  na pół parku, zagłuszając ptaki i głos rozsądku. Albo zabierz ją na spacer do lasu. Poszukaj z nią ostatnich konwalii, wejdź do najgłębszej na świecie  kałuży, niemiłosiernie upaplaj buty i spodnie i przemocz się do samych majtek.  Podaruj jej trochę czasu na totalnym luzie - przełknij  ponaglania, zamknij dziób na  wyrzuty, niech ci się czkawką odbija na myśl o złośliwościach na temat jej frywolnej  natury. Znajdź trochę wyrozumiałości dla jej nieskrępowanej emocjonalności. Nie gaś natychmiast  pożarów wzniecanych gromami ciskanymi z jej oczu, nie rozliczaj  z tych wszystkich niecenzuralnych słów na literę "k", nie wpisuj uwag do służbowego dziennika notatnika. Pozwól jej   spontanicznie zaprosić do domu z 10 osób na paluszki i koreczki,  grać w karty przez pół nocy,  stworzyć prawdziwe dzieło sztuki samymi  flamastrami albo kręcić hula-hop od rana aż do zmroku.  To co trzeba przesuń na pojutrze, zaś powinności zamień w możliwości. Idz na wagary od siebie samej, tej zawsze skutecznej, elokwentnej i świetnie zorganizowanej, racjonalnej, praktycznej, profesjonalnej i od a do zet. Albo zamknij gdzieś w piwnicy  tą pańcię, niech tam siedzi o chlebie i wodzie,  w końcu to nie powinno jej pójść ani w biodra ani w uda. Zrób to choćby na ten jeden dzień. Dzień Dziecka. Dzień  Twojego Wewnętrznego Dziecka.

tapetus.pl

Dla małych i dużych dzieci :)

Marta


19 kwi 2015

Stać cię na więcej niż myślisz...


W tamten piękny, wczesnojesienny dzień, opyliliśmy już bułki z tuńczykiem z puszki i pakę kabanosów, przegryzając na deser orzechy laskowe i inne bakalie. W plecaku topniały zapasy na dalszą część wędrówki, jednak widoki zapierały dech w piersiach i odciągały uwagę od takich prozaicznych życiowych kwestii jak jedzenie. Po prostu karmiliśmy oczy z rozdziawioną gębą. Poza tym wyprawa miała jeszcze bardzo praktyczny charakter.   Za kilka tygodni miał się odbyć nasz ślub, zwialiśmy zatem na weekend w Tatry żeby zapomnieć o tym całym stresie. A ja o mojej delikatnie przyciasnej w cyckach sukience. Nasi towarzysze przekonywali nas, że nie bedzie  źle - sami niedawno  przeżyli ślub i wesele, czego wtedy szczerze im zazdrościliśmy.

Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że idziemy na jakiś ponad dwutysięcznik, po prostu postukałabym się palcem po głowie i została paść owce na hali. Ja zwyczajnie nie wiedziałam gdzie zmierzamy, więc w swoim tempie, krok za krokiem wdrapałam się bez szczególniej zadyszki na Starorobociański Wierch. Gdy dowiedziałam się, że mierzy 2176 m n.p.m. dosłownie pękłam z dumy. A potem poczułam tak nieopisaną radość i satysfakcję, nie dowierzając w to, że udało się tak po prostu, bez jakiś przygotowań. W tamtym roku to była moja  pierwsza wędrówka po Tatrach, w weekend przeszliśmy  około 50 km.




16 kwi 2015

Wiosenna garderoba

Cała jestem zanurzona w pastelowych kwiatach, kropeczkach, w błękicie i w różu i w innych dziewczyńskich atrybutach - taki wiosenny stan umysłu. I stan szafy. Bardziej pożądany niż posiadany, ale ratuję się jak się da, wyciągam z jej zakamarków dawno nienoszone rzeczy, aplikuję sobie odcienie, na które zimą byłam za blada, za nijaka. Teraz w kwestii kolorytu mej cery nic się nie zmieniło ( i zbyt wiele nie zmieni, bo raczej marnie opalam się na twarzy), ale samej sobie wydaję się w nich atrakcyjniejsza. Ulubione jesienno-zimowe szarości i czernie nie popadły w niełaskę, muszą jednak grzecznie dzielić się  miejscem na mym grzbiecie. Przyjdzie im jeszcze konkurować ze stylem marynarskim, bo wraz z nastaniem wiosny zaczynam gorączkowo poszukiwać pasiastych ubrań i dodatków. W tym roku czuję też nieodpartą pokusę noszenia dżinsowej katany. Kurczę, nigdy jej nie miałam, jestem zatem tak uboga o to  doświadczenie. No istna plama. W wieku 31 lat łapię się czasami na myśli o szybkich sposobach na odmłodzenie wizerunku :) Wszak na te treningi nigdy nie jest za wcześnie, prawda?  Jak myślicie, katana daje radę?



12 kwi 2015

Lubię, a rzadko robię...

Zaraz po tym, jak umyłam wczoraj w domu okna, spłynęła na mnie potężna dawka energii. A może to ten poranny, pierwszy bieg? Sama nie wiem. W każdym razie dostrzegłam całokształt spraw z innej perspektywy. Bywam w życiu malkontentem - na szczęście tylko bywam :) Kopię się wtedy mocno w tyłek i szybko przypominam sobie wszystkie świetne rzeczy, których doświadczyłam w swoim życiu, dobre wybory, niezapomniane osiągnięcia . Podglądam czy podczytuję tych, których uważam za ludzi sukcesu, jakkolwiek by go nie definiować. Utwierdzam się w przekonaniu, że los leży w moich dłoniach, więc nie ma sensu zaciskać ich w pięści z niemocy czy złości na samą siebie. To nic nie da. Zdecydowanie lubię w sobie tą umiejętność szybkiego stawiania siebie samej do pionu.


Lubię, a rzadko robię...


Właśnie wczoraj przypomniałam sobie o pewnym umysłowym ćwiczeniu,  w którym wzięłam udział dobrych kilka lat temu, podczas szkoleń w ramach tzw. szkoły trenerów. Właśnie tam uczyłam się jak prowadzić szkolenia i pracować z grupą ludzi. Zaproponowano nam wtedy zadanie, które rozpoczynało się od słów " Lubię, a rzadko robię..."  Taka umysłowa gimnastyka i spojrzenie wgłąb siebie.  Króciutki rachunek sumienia w drodze do rozwijania umiejętności dbania o samą siebie, swój komfort psychiczny i fizyczny oraz samorozwój.  O wypoczynek i relaks, niezbędny do zdrowego funkcjonowania. Taki banał, krzyczący z okładek wszystkich poczytnych czasopism i porannych programów telewizyjnych. Jednak niedoceniany, gdyż czas to pieniądz, więc na odpoczynek i relaks zdarza się nam go nie mieć. W ćwiczeniu tym chodzi zaś o dostrzeżenie drobnych, malutkich przyjemności, na które  wcale nie musimy poświęcać dużej ilości czasu czy wydawać masy pieniędzy.  Suma tych drobnostek składa się zaś na szeroki i szczery uśmiech na twarzy, błysk w oku, poczucie zadowolenia i równowagi.

Jak jest u mnie? Co lubię, a za rzadko robię? Moich 10 przykładów znajdziecie poniżej.



26 mar 2015

Nowicjusz

Czuję się jak nowicjusz stawiający swoje pierwsze kroki w wirtualnej przestrzeni, trochę niepewnie i nieporadnie.  Jak  mocno nieletnia panienka w zdecydowanie za wysokich obcasach, podwędzonych z szafy  matki. Za krzty w tym uroku i czaru...   A szło już tak dobrze, bywało nawet że  bez zadyszki. Rytmiczne stukanie w klawiaturę było swego czasu niczym gimnastyka dla mego umysłu, lub być może spełniało nawet rolę swoistego katharsis. Trening czyni mistrza, zatem czy to w mięsnym, czy też w kawiarni, co rusz napotykałam na swej drodze porywające duszę natchnienia, zapominając się później  w pisaniu  ( chociażby o rozgrzewającej zupce). Intensywnie pracowałam nad "piórem", oddalając się od tak dobrze mi znanego "pretensjonalnego" pisania, rozsądnie obierając azymut na styl poradnikowo-praktyczny. Biada mi, naiwnej! Wszak i tak zawsze ciągnie mnie w te pretensjonalne odmęty, co niechybnie w tym miejscu Wam ( jest tu jeszcze ktoś?) udowadniam...  A mogłabym przecież tak zwyczajnie przetestować na okoliczność wiosny różnej maści płyny do mycia szyb i tutaj to opisać. Nie wykluczam tego typu działań, jednakże to miesięczne blogowe wykolejenie leczy się nie inaczej jak słowotokiem, a testowanie, gotowanie i wiosenne diy pozostawię na później :) Uznajmy zatem, że wracam ( cała,  zdrowa i napalooooona na wiosnę) i zapraszam Was znów  do czytania :)

Marta