Dotknął mnie syndrom wiosennej infantylizacji. Objawia się on dosyć przyjemnie, może mieć jednak poważne skutki uboczne w postaci fiu-bździu w głowie aż do późnego lata. Jesienią powinno przyjść opamiętanie, ale i to nie jest pewne. Jeśli jesteś ciekawa czy i ciebie dotyczy ten stan, bardzo szybko możesz dokonać autodiagnozy. Objawy osiowe to : obkładanie wszystkiego świeżymy kwiatami i fotografowanie (na wzór ikon z instagrama); zamiłowanie do pastelowych odcieni, a w szczególności do niebieskiego i różu ( może powodować silne zaróżowienie istoty szarej w mózgu - badacze jeszcze nie są pewni jak wpływa to na umiejętność podejmowania racjonalnych decyzji ); paradowanie z szpilkach i cienkich marynarkach przy porannych temperaturach w okolicy zera; spożywanie dużych ilości tzw. nowalijek oraz zmutowanych truskawek o smaku podobnym do naturalnego; podwyższony nastrój i tzw. banan od rana do północy; natrętne myśli dotyczące plaży i palm oraz nieustająca chęć wypróbowywania różnych nowości. Swój organizm należy obserwować z przymrożeniem oka i dużą dozą wyrozumiałości - wszak wiosna jest tylko jeden raz w roku.
21 kwi 2015
19 kwi 2015
Stać cię na więcej niż myślisz...
W tamten piękny, wczesnojesienny dzień, opyliliśmy już bułki z tuńczykiem z puszki i pakę kabanosów, przegryzając na deser orzechy laskowe i inne bakalie. W plecaku topniały zapasy na dalszą część wędrówki, jednak widoki zapierały dech w piersiach i odciągały uwagę od takich prozaicznych życiowych kwestii jak jedzenie. Po prostu karmiliśmy oczy z rozdziawioną gębą. Poza tym wyprawa miała jeszcze bardzo praktyczny charakter. Za kilka tygodni miał się odbyć nasz ślub, zwialiśmy zatem na weekend w Tatry żeby zapomnieć o tym całym stresie. A ja o mojej delikatnie przyciasnej w cyckach sukience. Nasi towarzysze przekonywali nas, że nie bedzie źle - sami niedawno przeżyli ślub i wesele, czego wtedy szczerze im zazdrościliśmy.
Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że idziemy na jakiś ponad dwutysięcznik, po prostu postukałabym się palcem po głowie i została paść owce na hali. Ja zwyczajnie nie wiedziałam gdzie zmierzamy, więc w swoim tempie, krok za krokiem wdrapałam się bez szczególniej zadyszki na Starorobociański Wierch. Gdy dowiedziałam się, że mierzy 2176 m n.p.m. dosłownie pękłam z dumy. A potem poczułam tak nieopisaną radość i satysfakcję, nie dowierzając w to, że udało się tak po prostu, bez jakiś przygotowań. W tamtym roku to była moja pierwsza wędrówka po Tatrach, w weekend przeszliśmy około 50 km.
Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że idziemy na jakiś ponad dwutysięcznik, po prostu postukałabym się palcem po głowie i została paść owce na hali. Ja zwyczajnie nie wiedziałam gdzie zmierzamy, więc w swoim tempie, krok za krokiem wdrapałam się bez szczególniej zadyszki na Starorobociański Wierch. Gdy dowiedziałam się, że mierzy 2176 m n.p.m. dosłownie pękłam z dumy. A potem poczułam tak nieopisaną radość i satysfakcję, nie dowierzając w to, że udało się tak po prostu, bez jakiś przygotowań. W tamtym roku to była moja pierwsza wędrówka po Tatrach, w weekend przeszliśmy około 50 km.
16 kwi 2015
Wiosenna garderoba
Cała jestem zanurzona w pastelowych kwiatach, kropeczkach, w błękicie i w różu i w innych dziewczyńskich atrybutach - taki wiosenny stan umysłu. I stan szafy. Bardziej pożądany niż posiadany, ale ratuję się jak się da, wyciągam z jej zakamarków dawno nienoszone rzeczy, aplikuję sobie odcienie, na które zimą byłam za blada, za nijaka. Teraz w kwestii kolorytu mej cery nic się nie zmieniło ( i zbyt wiele nie zmieni, bo raczej marnie opalam się na twarzy), ale samej sobie wydaję się w nich atrakcyjniejsza. Ulubione jesienno-zimowe szarości i czernie nie popadły w niełaskę, muszą jednak grzecznie dzielić się miejscem na mym grzbiecie. Przyjdzie im jeszcze konkurować ze stylem marynarskim, bo wraz z nastaniem wiosny zaczynam gorączkowo poszukiwać pasiastych ubrań i dodatków. W tym roku czuję też nieodpartą pokusę noszenia dżinsowej katany. Kurczę, nigdy jej nie miałam, jestem zatem tak uboga o to doświadczenie. No istna plama. W wieku 31 lat łapię się czasami na myśli o szybkich sposobach na odmłodzenie wizerunku :) Wszak na te treningi nigdy nie jest za wcześnie, prawda? Jak myślicie, katana daje radę?
12 kwi 2015
Lubię, a rzadko robię...
Zaraz po tym, jak umyłam wczoraj w domu okna, spłynęła na mnie potężna dawka energii. A może to ten poranny, pierwszy bieg? Sama nie wiem. W każdym razie dostrzegłam całokształt spraw z innej perspektywy. Bywam w życiu malkontentem - na szczęście tylko bywam :) Kopię się wtedy mocno w tyłek i szybko przypominam sobie wszystkie świetne rzeczy, których doświadczyłam w swoim życiu, dobre wybory, niezapomniane osiągnięcia . Podglądam czy podczytuję tych, których uważam za ludzi sukcesu, jakkolwiek by go nie definiować. Utwierdzam się w przekonaniu, że los leży w moich dłoniach, więc nie ma sensu zaciskać ich w pięści z niemocy czy złości na samą siebie. To nic nie da. Zdecydowanie lubię w sobie tą umiejętność szybkiego stawiania siebie samej do pionu.
Lubię, a rzadko robię...
Właśnie wczoraj przypomniałam sobie o pewnym umysłowym ćwiczeniu, w którym wzięłam udział dobrych kilka lat temu, podczas szkoleń w ramach tzw. szkoły trenerów. Właśnie tam uczyłam się jak prowadzić szkolenia i pracować z grupą ludzi. Zaproponowano nam wtedy zadanie, które rozpoczynało się od słów " Lubię, a rzadko robię..." Taka umysłowa gimnastyka i spojrzenie wgłąb siebie. Króciutki rachunek sumienia w drodze do rozwijania umiejętności dbania o samą siebie, swój komfort psychiczny i fizyczny oraz samorozwój. O wypoczynek i relaks, niezbędny do zdrowego funkcjonowania. Taki banał, krzyczący z okładek wszystkich poczytnych czasopism i porannych programów telewizyjnych. Jednak niedoceniany, gdyż czas to pieniądz, więc na odpoczynek i relaks zdarza się nam go nie mieć. W ćwiczeniu tym chodzi zaś o dostrzeżenie drobnych, malutkich przyjemności, na które wcale nie musimy poświęcać dużej ilości czasu czy wydawać masy pieniędzy. Suma tych drobnostek składa się zaś na szeroki i szczery uśmiech na twarzy, błysk w oku, poczucie zadowolenia i równowagi.
Jak jest u mnie? Co lubię, a za rzadko robię? Moich 10 przykładów znajdziecie poniżej.
9 kwi 2015
Kwietniowe zdrowe praktyki
Czuję, że gdzieś głęboko we mnie wszystko się mobilizuje, porusza i wzrasta. Jestem napalona na wiosnę. Po raz pierwszy od kilku miesięcy pomalowałam wczoraj paznokcie na czerwono. Zachowałam się też jak typowa kobieta w drogeryjnym dziale ze szminkami i błyszczykami i przytargałam coś nowego do domu. Wiosna zawróciła mi w głowie. W napięciu oczekuję tych chwil, kiedy będę chodzić jak naćpana od zapachu bzów, jaśminu i wiosennego deszczu. Wcześniej chciałabym zaliczyć jeszcze kwitnące tarniny , a później czeremchy . Babcia i mama od zawsze przestrzegały, żeby nie zostawiać jej kwitnących pąków w sypialni, gdyż ponoć można się nie obudzić od ich intensywnego zapachu. Tym razem jednak zaryzykowałabym takie odurzenie... Ach, ta wiosna! Uderza do głowy nowymi pomysłami na samą siebie, podsyca ambicje, koloruje rzeczywistość, odejmuje lat ( niekoniecznie metrykalnie). Zatem mam ochotę na szalony romans z mężem ( no ok, może być też Grey :) ), chcę być frywolna i kompletnie nią pijana. Pragnę, aby sączyła się powoli i rozkosznie i przenikała do każdej komórki mojego ciała. Chcę słuchać jak drą się w stawach żaby, szwendać się po lasach i parkach, pójść gdzieś przetańczyć całą noc, upić się białym winem. Jest tak jakby wszystko zaczynało się na nowo. Uwielbiam to uczucie...
Chciałabym pielęgnować je w sobie jak najdłużej. Troszczyć się o to by niezmiennie zachwycać się każdym nowy wiosennym porankiem, bez względu na fakt, że moje okna dopominają się o umycie. Zrzucić parę kilo balastu z bioder, ale cycki zostawić w spokoju :) Kupić coś w odcieniu nieba, kwiatów hibiskusa.... no i może jeszcze jeden szary t-shirt do kolekcji.
![]() |
| pixabay.com |
26 mar 2015
Nowicjusz
Czuję się jak nowicjusz stawiający swoje pierwsze kroki w wirtualnej przestrzeni, trochę niepewnie i nieporadnie. Jak mocno nieletnia panienka w zdecydowanie za wysokich obcasach, podwędzonych z szafy matki. Za krzty w tym uroku i czaru... A szło już tak dobrze, bywało nawet że bez zadyszki. Rytmiczne stukanie w klawiaturę było swego czasu niczym gimnastyka dla mego umysłu, lub być może spełniało nawet rolę swoistego katharsis. Trening czyni mistrza, zatem czy to w mięsnym, czy też w kawiarni, co rusz napotykałam na swej drodze porywające duszę natchnienia, zapominając się później w pisaniu ( chociażby o rozgrzewającej zupce). Intensywnie pracowałam nad "piórem", oddalając się od tak dobrze mi znanego "pretensjonalnego" pisania, rozsądnie obierając azymut na styl poradnikowo-praktyczny. Biada mi, naiwnej! Wszak i tak zawsze ciągnie mnie w te pretensjonalne odmęty, co niechybnie w tym miejscu Wam ( jest tu jeszcze ktoś?) udowadniam... A mogłabym przecież tak zwyczajnie przetestować na okoliczność wiosny różnej maści płyny do mycia szyb i tutaj to opisać. Nie wykluczam tego typu działań, jednakże to miesięczne blogowe wykolejenie leczy się nie inaczej jak słowotokiem, a testowanie, gotowanie i wiosenne diy pozostawię na później :) Uznajmy zatem, że wracam ( cała, zdrowa i napalooooona na wiosnę) i zapraszam Was znów do czytania :)
Marta
22 lut 2015
W mojej sypialni
Śmiejemy się, że śpimy na gigantycznym klocku lego. A przecież doskonale widzieliśmy co kupujemy. Zdecydowanie nie był to kot w worku. W przestronnych ekspozycjach sklepów meble mają jednak jakieś inne proporcje. Zdają się być bardziej zgrabne, filigranowe. A potem bach - jak obuchem w łeb. Przywozisz to do domu, a to takie wielkie i rozłożyste, że zajmuje ci połowę przestrzeni. Wtedy to zaczyna się proces ocieplania wizerunku. Wszystko po to, aby ułagodzić trudny charakter i ostre rysy delikwenta. Zarzucasz go puchatymi poduchami, ścielisz mięciutki koc. Ustawiasz obok kolorowe kwiaty. I robi się lepiej...
16 lut 2015
Zmiana perspektywy
Generalnie, zdecydowanie bardziej odpowiada mi uczucie łaskotania policzków i rozwiewania grzywy przez ciepłe, południowe wiatry, aniżeli smaganie ich tymi mroźnymi z północy. Czuję się niespecjalnie atrakcyjnie z głową wciśniętą w wielką, zimową czapę. Moim ruchom nie dodają gracji toporne trzewiki. Gdzieś tam głęboko, pod niezliczonymi warstwami ubrań, skryte jest przecież ciało kobiety. Jednakże kto by się do niego w ogóle zdołał dokopać i jak to zrobić zgrabiałymi od zimna palcami? Wracając jednak do topografii terenu - czyż zimowy krajobraz nie wydaje się Wam monotonnie biały i nudny? Po horyzont tylko śnieg i śnieg, ewentualnie zmrożony śnieg - który tylko w słoneczne dni oszałamia niesamowitym blaskiem. Gdy szarość leje się z nieba strumieniami i spowija neurony marazmem, tylko wizja rozgrzanego piasku i turkusowej wody rozmraża i wtłacza życie w krwiobiegi.
Okazuje się jednak, że nawet tak niereformowalne organizmy jak ja, którym daleko jest do szusowania na nartach czy snowboardzie, potrafią znaleźć w zimie coś przyjemnego. I na tym nie koniec, gdyż w ich ( mocno ograniczonej chłodem ) wyobraźni, mogą nawet rozpanoszyć się wizje zimowego urlopu. Wśród śniegów i mrozów, z panem Yeti za sąsiada. Niezbadane są wyroki losu i własnych preferencji. Potok słonecznych promieni dokonuje metamorfozy nudnych, spowitych bielą krajobrazów, przeistaczając je w drogocenne, skrzące się przestrzenie. Martwa natura nabiera życia. Świat - chociaż wciąż nurza się w bieli - odzyskuje kolory. Zmiana perspektywy - ostatnio jej doświadczyłam, i dobrze mi z tym. Okazało się, że zima nie jest taka czarno-biała.
8 lut 2015
Moja klasyka
Pewne elementy garderoby wymieniane są jako niezbędne w szafie kobiety. Trzymają się na dobrych pozycjach od wielu lat - trudno je czymkolwiek zastąpić. Bo czyż istnieje bardziej uniwersalne okrycie wierzchnie niż nieśmiertelny trencz inspirowany tym od Burberry? Czy na wieczór w teatrze albo inną uroczystą okazję można wyobrazić sobie coś bardziej odpowiedniego niż mała czarna? Jaki inny kolor kołnierzyka koszuli piękniej rozświetli skórę twarzy i doda +100 punktów do profesjonalnego wizerunku, aniżeli biały? Ołówkowa spódnica tuż przed kolano obroni się praktycznie u każdej kobiety - wszak większość z nas uważa się za zbyt obszerną w biodrach, a właśnie taki krój ma magicznie odejmować tych niechcianych centymetrów. Nie zamierzam polemizować z tymi standardami - przyznaję się do jakiejś małej-czarnej w szafie, do trencza ( aktualnie czarnego) i do silnej potrzeby posiadania białej, zwiewnej koszuli. Przyznać jednak muszę, że na mojej liście niezbędnych strojów czy dodatków, jest jeszcze kilka innych pozycji. Niektóre z nich są dla mnie bardziej atrakcyjne od tych typowo "klasycznych", które rzekomo w szafie powinna mieć każda z nas. Bardziej pasują do mojego stylu życia, charakteru pracy, czy poczucia estetyki. Lubię i cenię klasykę, ale najbardziej odpowiada mi ona w połączeniu z czymś nowoczesnym, świeżym, czasami może nawet odważnym. Poniżej przegląd mojej subiektywnej klasyki.
*Nie napisałam nic o swetrach, nie ujęłam płaszcza. Pominęłam torebkę. Celowo - gdyż korzystam z najbardziej klasycznej klasyki :)
*Nie napisałam nic o swetrach, nie ujęłam płaszcza. Pominęłam torebkę. Celowo - gdyż korzystam z najbardziej klasycznej klasyki :)
![]() |
| net-a-porter-com |
7 lut 2015
Lekka sałatka z grejpfrutem
Grejpfrut tańczy na końcu języka niezdecydowanym smakiem. Słodycz miesza się z goryczką, subtelność z czymś mocnym i wyrazistym. Jest nie do przeoczenia dla kubków smakowych, które w pierwszym momencie mogą zareagować nadmiernie emocjonalnie, zmuszając buzię do nieładnego wykrzywienia. Czas działa jednak na korzyść grejpfruta. Choć za pierwszym razem wydaje się trudny w smaku, z każdym kolejnym spróbowaniem wzrasta moc jego przyciągania. Jest jak filmowy amant w typie pięknego drania. Wabi ujmującą aparycją, by po chwili rozlać się goryczą na języku. Z jedną sporą różnicą charakterologiczną - grejpfrutowi nie można odmówić krystalicznych intencji.
5 lut 2015
Wyzwanie: lutowe zdrowe praktyki
Luty zadomowił się już na dobre. I to z całą masą godnych siebie atrybutów w postaci śniegu, mrozu, zwisających zewsząd sopli lodu i... tony piachu z solą wnoszonych do domu na butach. W głowie nieśmiało kiełkują pierwsze myśli o wiośnie. Wizualizuję sobie słońce i zieleń. W moim umyśle cała w niej tonę, jest mi przyjemnie ciepło i tak błogo....Tymczasem, w rzeczywistości muszę odpowiednio balansować ciałem, aby nie wykopyrtnąć gdzieś na ulicy albo nie wpaść w zaspę. Lutowe, zdrowe praktyki dosyć długo zajmowały mi umysł. Przypomnę, że ich ideą jest dbanie o siebie holistycznie oraz rozwijanie umiejętności wprowadzania zdrowych nawyków małymi krokami. W ten sposób, nie dodając sobie szczególnie wiele nowych obowiązków, możemy wcielać w życie drobne, a bardzo korzystne dla nas zmiany. O moich styczniowych zdrowych praktykach pisałam tutaj, zrobiłam również pierwsze podsumowanie.
Ustalenie dwóch lutowych, zdrowych praktyk, poszło mi bez wysiłku. Postanowiłam wzbogacić trochę swoją dietę oraz zadbać o skórę w pewien specyficzny i bardzo polecany sposób. Z podjęciem decyzji odnośnie trzeciej nie było tak łatwo. Wciąż coś mi nie pasowało. Miałam poczucie, że tak naprawdę potrzebuję czegoś innego. Wreszcie wsłuchałam się w swój organizm i już wiem, co to może być . Zapraszam Was zatem na moje lutowe, zdrowe praktyki.
Ustalenie dwóch lutowych, zdrowych praktyk, poszło mi bez wysiłku. Postanowiłam wzbogacić trochę swoją dietę oraz zadbać o skórę w pewien specyficzny i bardzo polecany sposób. Z podjęciem decyzji odnośnie trzeciej nie było tak łatwo. Wciąż coś mi nie pasowało. Miałam poczucie, że tak naprawdę potrzebuję czegoś innego. Wreszcie wsłuchałam się w swój organizm i już wiem, co to może być . Zapraszam Was zatem na moje lutowe, zdrowe praktyki.
2 lut 2015
Najlepiej zainwestowane pieniądze
Swego czasu pieniądze przelatywały mi przez palce. Trochę bez refleksji, trochę z moralnym kacem. Nie jest to miły stan, kiedy wracasz do domu z jakąś nową rzeczą, która teoretycznie powinna dać ci przyjemność i radość, zaś praktycznie jest zmaterializowanym wyrzutem sumienia. Te emocje pojawiają się bez względu na stan domowych finansów. Nie są obce tym, którzy ledwo wiążą koniec z końcem - ale ci przy kasie również dotkliwie je odczuwają. Wiadomo, że nie jest przyjemnie z tym żyć - to
jak jątrzący się pryszcz na czterech literach, który dotkliwie daje o
sobie znać przy każdym kroku. Rozum próbuje się wtedy ratować i w magiczny sposób racjonalizuje każdy taki wydatek. Łatwiej, kiedy przekonasz siebie, że to był bardzo ważny zakup. I choć bywa to trochę naciągane, przynajmniej na chwilę uspokoi sumienie. Pewnie wszystko byłoby trochę łatwiejsze, gdybyśmy tworzyli swój finansowy plan i listę priorytetów, których realizacja powiązana jest z pieniędzmi. Te wymagają jednak silnej woli i opierania się tym różnorodnym drobnym umilaczom. Temu poprawianiu sobie humoru poprzez zakup entej szminki (wiadomo, jak wiele jest odcieni czerwieni), nowych gadżetów do kuchni ( gdzieniegdzie określanych mianem skorup), czy innych pierdołek. W drodze do wymarzonych wakacji na Hawajach albo bardzo drogich studiów podyplomowych, taki drobny upominek dla siebie samego bywa jak robaczywe jabłuszko na samym początku diety Ducana. Niby wiesz, że nie możesz i że to oddali realizację głównego celu, ale to tak wybornie smakuje... Taka już ludzka natura... Mało kto potrafi wyczekać na określone, duże i wymagające sporo pracy gratyfikacje, nie kusząc sie po drodze na te malutkie i łatwo dostępne. Stąd też idea regularnego nagradzania siebie ( w przemyślany rzecz jasna sposób) za odhaczanie kolejnych etapów drogi do dużych celów finansowych. Jest łatwiej, bo nie mamy tego niemiłego uczucia w tle, że wszystko co fajne i miłe przechodzi nam koło nosa. A tu tylko asceza i asceza... Ech.

