1 wrz 2014

Jaki stolik kawowy wybrać

Dobre wychowanie nakazuje nie mówić o nieobecnych... Who cares? :) W końcu póki go tu nie ma, to i tak się nie dowie. Pewnie z samego mówienia tudzież pisania o nim również się magicznie nie zmaterializuje, nie poskłada do kupy i nie ustawi tuż obok kanapy. Temat jednak złowiony na wędkę umysłu nie opuszcza mnie od dłuższego czasu, zatem postanowiłam się mu dziś bliżej przyjrzeć. Panowie i Panie, mowa dziś o wielkim nieobecnym w moim mieszkaniu czyli stoliku kawowym.  Hasło "stolik kawowy" jest puszczane w eter z regularnością pojawiających się w domu gości, którym tak jakoś niewygodnie jest zaserwować kawę lub podsunąć pod nos ciasteczko. Jego brak nie jest aż tak bardzo dotkliwy, by wyć do księżyca z tęsknoty za nim, niemniej jednak kawałek podłogi jest na niego zarezerwowany od dłuższego czasu, i wcześniej czy później ma być. Wewnętrzne rozterki związane z mnogością atrakcyjnych opcji dolewają oliwy do ognia,  zaś ograniczona przestrzeń  i pustawa  kieszeń studzą ten wielce namiętny, stolikowy pożar.  Mimo wszystko ciekawych opcji jest kilka. Oto i one. Zatem jeżeli zastanawiasz jaki wybrać stoli kawowy, zapraszam do zapoznania się z moim przeglądem.


źródło: 1.bp.blogspot.com

30 sie 2014

Mini-serniczki z ricotty i kilka nowości

Przyznaję, że to chodzi za mną dosyć często. Uparcie, wręcz upierdliwie drepcze za mną krok w krok. Ja do salonu - to do salonu. Ja do łazienki - to do łazienki. Ja do kuchni - to i ono też. A w kuchni jest najgorzej, bo tam potrafi mnie przyprzeć do ściany, zabarykadować mi drogę i przejąc kontrolę nad moim ciałem. Wtedy to kieruje moje ręce w te wszystkie miejsca, w których pochowane ma swoje tajne oddziały... A to w szufladzie ( uzbrojone ptasie mleczko), a to w słoiku ( cała banda ciasteczek i czekoladek), w najlepszym wypadku na paterę z owocami. Słodkie cholerstwo chodziło za mną i wczoraj. Przyparło atak i nie dawało za wygraną. I jeszcze podjudzało, że jak Tomek wróci do domu, to będzie mu tak miło, jak zastanie takie nowe ciasteczko. Wierciło dziurę w brzuchu, łaskotało w podniebienie. No to upiekłam. Mini -serniczki limonkowe  (z ricotty).

p.s. To to nic innego jak nieodparta ochota na coś słodkiego. Można spróbować to zrzucić z balkonu, ale nie zawsze się da :) 


29 sie 2014

Połwysep Tihany nad Balatonem


Akcja reanimacja - wskrzeszam wakacyjny nastrój i przedłużam agonię lata. Przynajmniej do poniedziałku. A potem niech się dzieje co chce... Wrzesień rządzi się dla mnie już jesiennymi prawami. W Tihany zaś rządził  rwący potok turystów,  mit o cudnej lawendzie i pobliski Balaton. To urocze miasteczko uratowało jak dla mnie reputację tego ostatniego. Bo gdybym kiedykolwiek miała wrócić nad Balaton to tylko do Tihany. Miasteczko z bogatą opcją dla turystów, w klimacie "kicz kontrolowany". Paprykowe wieńce, lawendowe mydełka, kubki, kubeczki, spodeczki... Poddaję się!!! Naprawdę ładne. Nawet gdybym bardzo chciała popsioczyć, że wiocha, że tandeta, że istny bazar.... Po prostu mi się podobało :) No mucha nie siada!





26 sie 2014

Wychowaj globtrotera!

Miało nie być jesiennej anhedonii a tu proszę,  nastrój płata mi takie figle... Owsianka mi dziś nie smakuje, radio mnie wkurza, podłoga znowu brudna... No i ile można żłopać tej "kawki" na poprawę humoru? Uśmiecham się właśnie z politowaniem  z siebie samej. Cnoto autoironii! Dobrze, że ciebie mam! Najlepiej mnie ratujesz gdy zaczynam niebezpiecznie dryfować w stronę   ględzenia, mendzenia i zbytniego zdziecinnienia. Taka szybka "pionizacja" i przywołuję się do porządku. Bo to, że jestem  słońcolubna  nie oznacza, że jego zupełna dzisiaj nieobecność może  usprawiedliwić moje zmienne nastroje. A trochę deszczu przecież się przyda, bo inaczej grzyby nie urosną. No i dzieci też :) A propos dzieci. Wczoraj odwiedziliśmy małą Anię i była to nasza pierwsza wizyta u niej. Ania jest na świecie dopiero od kilkunastu dni i ma w swoim małym nosku to,  co ktoś jej przyniesie. Niemniej jednak my nie mieliśmy w swoich większych nosach tej sprawy i dzielnie przyłożyliśmy się do wyboru upominku dla niej. I nie miało to nic wspólnego z  pampersowym tortem, o nie!



                                                            Wydawnictwo Dwie Siostry

24 sie 2014

Luksusowa niedziela

Zamiast szykować niedzielny rosół, po prostu się do niego rozbiorę. Naoliwię ciało i  jeszcze nie tak stare stawy drogocennym złotem z Maroka. Może pokuszę się o kroplę aromatu skradzionego  kwiatom  z dalekich wysp. Kwiatom o nazwach jakich nigdy wcześniej nie słyszałam. Przyodzieję się potem w jakieś drogie fatałaszki. Jedwabie i futra to dosyć rzadki widok na mym ciele, jednak przy niedzieli zrobię wyjątek. Ekstrawagancja sięgnęłaby zenitu, gdybym pod moje futro założyła tylko perły, więc powstrzymam mą próżną naturę i osadzę się troszkę bliżej ziemi. Przewertuję Vogue September Issue by znaleźć jakąś ciekawą kieckę, albo może zdecyduję się na vintage z małego, paryskiego butiku? Pomyślę o ostrygach na kolację. Zapomnę o ostrogach od niebotycznych labutinow...

Zycie jakie jest, każdy wie.  Regularnie kończy się szampon i pasta do zębów. Jeśli za często smażysz frytki na kolację, to kończy się też 5-kilowy zapas ziemniaków. Świat nie zaskakuje cię coraz to nowym widokiem z okna. Raczej gapisz się przez jedno i to samo, które czeka cierpliwie na swoją kolej do mycia. Bez owijania w bawełnę, wciąż za rzadko muskasz skórę jedwabiem i  prawdziwą wełną. Proza życia przyozdobiona jest w acryl, który tylko w czasie wyprzedaży cenią sobie po ludzku. W szczycie sezonu ceny i tak zwalają z nóg, a ciuchy z tym co organic mają tyle wspólnego, co ja z egzotyczną pięknością. Ale ja dzisiaj poudaję, że jestem kobietą luksusową. Przyjrzę się nowym kolekcjom, zacznę oswajać trendy.   Taki niedzielny window shopping, tylko że z kanapy. Przez moje małe, internetowe  okienko na świat. Zapraszam na mój wybór zdjęć z  najnowszych  kampanii mody. Rzeczy, których pewnie szybko nie wciągnę na swój skromny grzbiet :) Ale co tam, piękne rzeczy warto sobie przynajmniej w taki sposób zobaczyć.



22 sie 2014

Budapeszt - moje wrażenia


Gdybym wiedziała, że tam jest tak pięknie, proces porannego wstawania nie trwałby od 4 do 6.30....

Ale trwał. O 4 budzik przestawiliśmy na 6.  O 6 postanowiliśmy jeszcze trochę poleżeć. O 15 zaczęłam żałować, że jednak nie wstałam o 4. Podjęłam jednak mocne postanowienie poprawy i zamiar zaprzestania żałowania czegokolwiek. 3 dni później żałowałam, że nie zostałam tam dłużej. W ogólnym rozrachunku niczego nie żałuję, tylko chcę tam wrócić :) Budapeszt. Miasto i mosty do zapamiętania na długo. Nadreptałam tam mnóstwo kilometrów, miałam swoje ulubione "ścieżki" blisko wspomnianych mostów, bardzo szybko poczułam się jak u siebie. To zresztą moja immanentna cecha, szybko odnajduję się w nowych miejscach. Egzamin z zaliczania obowiązkowych atrakcji zdany na tróję na szynach, bo i słynnym Funikularem się nie przejechałam, nie odnowiłam biologicznie w łaźniach i nie zrobiłam selfie pod Parlamentem. Oddałam się natomiast wielkiej przyjemności łazęgowania i udało mi się w tak krótkim czasie trochę "poczuć" to miasto. Romantycznych zagubień w terenie nie było, gdyż Mąż jest niezwykle dobrym nawigatorem i czyta mapę tak płynnie jak ja najnowsze trendy w Harper's Bazaar. W ramach mini-poradnika wakacyjnego mam dla Was jedną, główną poradę: po prostu się tam wybierzcie. Koniec kropka. 

Piękny kościół na starówce Budy. Wejście do środka płatne.

29 lip 2014

#TROPY

Dawno moich tropów tutaj nie było. W przypływie cieplejszych uczuć do mojego bloga, postanowiłam chwilowo obdarzyć go  większą uwagą, może nawet wrócę do mojej wtorkowej mini-serii. Urlop nieśmiało rysuje się na horyzoncie,  więc blog i tak wie, co go czeka. Daję mu jeszcze światełko nadziei i mamię jesiennym zaangażowaniem. Choć może przydałby się bardziej jakiś kopniak na rozpęd? :) Zatem nadstawiam moje cztery litery ( w sensie takie cztery : B-L-O-G :), oczekując na sporą dawkę  pomysłów i zapału. Zamierzam być wakacyjnym wampirem energetycznym i gdziekolwiek się znajdę ( bo plany są, ale raczej jeszcze mgliste) wysysać ultrafiolety ze słońca, wyhodować sobie jakąś nową,  posłoneczną zmarszczkę i zasiać morze piegów na nosie. Do tego wszystkiego pragnę najeść się świeżych fig do syta, ale ostatecznie mogę zadowolić się arbuzem i nektarynkami. 


27 lip 2014

Jak wykorzystać bilety z koncertów do wykonania dekoracji

Energii zostało mi tylko tyle, by przetrwać ostatni tydzień w pracy. Każda komórka mojego ciała przesiąknięta jest oczekiwaniem. Ktoś kiedyś zaprogramował je na lipcowe urlopowanie, więc w tym roku dostały pstryczka w nos. Staram się zatem nie wykonywać zbyt wielu niepotrzebnych  ruchów, bo mi się jeszcze kompletnie zbuntują. Ciało mam jakby oderwane od woli. Chociaż bardzo chcę to słabo mi wychodzi. Świat atakuje mnie latem i natrętnymi muchami,  organizm zaś spuchniętymi stopami. Aktywność umysłowa spada poniżej stanu krytycznego. Tęsknie wypatruję raz słońca raz deszczu i jakiejś weny na horyzoncie. Próbuję przetrwać ten czas umysłowej posuchy posilając się starymi pomysłami. To właśnie jeden z nich.



23 lip 2014

Wesołe Pasibrzuchy

Ściany zieją pustką. Tysiące ich  porów pragnie skryć się pod czułym dotykiem papieru, tkaniny, czegokolwiek. Wstyd i zakłopotanie mieszają się z podniecającym oczekiwaniem. Bo jak długo tak można nago? Bezwstydne, nieubrane, nieprzyozdobione ściany. Do tego jakieś takie blade, poszarzałe. Bo teraz tak modnie skórę mieszkania trzymać w tak niezdrowej kolorystyce... Tak sobie ściany czekają w niedosycie i nie-zawieszeniu, cierpliwie na swoją kolejkę. 

Och, ściany! Podobno macie uszy, czegóż Wam więc oczu zabrakło? Czy Wy nie widzicie jak ci ludzie, niezgrabnie, wciąż jeszcze niezdarnie, przedzierają się przez tysiące możliwości waszego przybrania? Wyszukują, kalkulują, układają misterne plany operacji zasiedlania waszych granic. Czy Wy nie wiecie, że uroda Wasza musi trochę bolec? Już niedługo poczujecie zimny dotyk wiertarki - skalpela i zagłębią się w was metalowe, obce tkanki.

Tymczasem, na uspokojenie, aplikuję Wam parę lokatorów, takich przyłóż-do-rany. Charakter mają spolegliwy, dopasowując się do Waszej estetyki, wciąż nagiej. W ramach wspierania ubogich w strój przyjaciół, sami rozebrali się jak do rosołu i hulaj dusza pod moim dachem!!


Plakat o którym pisałam  w tym miejscu jest już w domu. To był świetny zakup! Wesołe Pasibrzuchy nieustannie poprawiają mi humor.

20 lip 2014

Papieroholizm


Czymże byłaby moja egzystencja bez papieru? I wcale nie mam tu tylko na myśli potwierdzenia mych narodzin, lat temu  30, w formie dokumentu ze stanu cywilnego. Absolutnie nie przytaczam też  jako przykładu - zaświadczenia , że oto stałam się żoną na dobre i na złe. Nawet nie wspominam, kim byłabym  bez dyplomu, świadectw i zaświadczeń  oraz jakże mój los byłby upodlony, bez rolki w kolorze szarym. W pracy, prócz psychologii zdarza się mi również  uprawiać papierologię, ale to już zupełnie inna specjalizacja. Wzdycham sobie pod nosem - na rozwój nie ma mocnych. I choć stare trzyma się mocno w posadach, niechybnie nadeszło i nowe.W domu nadal piętrzą się kolumny z poczytnych, kolorowych gazet, regał ugina się od dosyć grubych książek, czasem czuć zapach świeżo zadrukowanych kartek. W pudle walają się dziesiątki stron dowodów zbrodni przeciw prawom autorskim, złamanym w punkcie ksero. Notatki ze studiów czekają na drugą szansę już kilka lat. Papieru tu u mnie co niemiara. Byłoby czym palić w piecu przez pół zimy. Sentyment podgrzewałby atmosferę, bo przy przeprowadzce okazało się, że wyjątkowo mocną mam  więź z całym tym moim celulozowym dobytkiem. To nagle odkrycie, że ja tonę w papierze, jest mocno niekomfortowe. Wewnętrzna walka "wyrzucić' - zostawić jeszcze się przyda " i jej zewnętrzny  manifest w postaci kilogramów manufaktury do oddania, zmusza mnie do modyfikacji własnych przyzwyczajeń. Postaram się częściej czytać w internecie, gdyż sporo tam pięknie wydanych ( czy może wyedytowanych?) magazynów, katalogów, broszur. Kto chciałby, tak jak jak, coś sobie ciekawego poczytać, może skorzysta z moich linkow?



17 lip 2014

Po dziurkę od klucza ( Graham and Green )

Moje wirtualne życie ostatnio ledwo zipie. Zwyczajnie przegrywa z codziennością. Nie wchodzi w szranki ze zbliżającym się urlopem i kryje się w cieniu przed lipcowym skwarem. Nie wysuwa się przed szereg, psuje mi statystyki, straszy stagnacją i zastojem. Przykurzona klawiatura odpoczywa od natrętnego stukotu, a laptop ostatnio nawet rzadziej się przegrzewa. Z otchłani internetu nikt nie krzyczy do mnie "wróć! tęsknimy", hakerzy  nie napadają na moją stronę. Notes gruby od pomysłów i tematów czeka na lepsze czasy, a głowa pełna projektów i  inspiracji czeka na chętne do pracy ręce. 

Wszystko trwa w lekkim zawieszeniu i odrętwieniu... 

Nagle nastaje wielkie "wow". Rozszerzają się moje źrenice, krew zaczyna mi szybciej  krążyć. Palce odzyskują wigor, tumany kurzy unoszą się spod opuszek. Ubieram w barwne słowa raczej mało interesującą prawdę o braku weny i zainteresowania. O stanie ducha potocznie zwanym lenistwem. Kontempluję  piksele układające się w nader cudne obrazy. Wyobrażam sobie, że macam, głaszczę, dotykam chciwie i lubieżnie, potem pakuję w wielkie papierowe torby ( plus na przyczepy ciężarówek) i zabieram ze sobą do domu.  Rozstawiam po kątach, odtwarzam piękny układ, zapełniam przestrzeń po dziurkę od klucza... 

Zatem zapraszam, uraczcie się wraz ze mną!  Zdjęcia z showroomu- marki Graham&Green.



8 lip 2014

Sweet escape

"Wszystko co dobre szybko się kończy" swym pesymistycznym przekazem niejednemu z nas dorzuca gorzką pigułę do słodkiego drina, sączonego leniwie przez różową słomkę. Na szczęście " wszystko co złe kiedyś przeminie". Tym sposobem przetrwałam dzisiejszą nader meczącą podroż, nie sfiksowałam, a jakże-skorzystałam  nawet z darmowej herbatki od PKP. Pozostaję jednak w klimacie sarkastycznego humoru, opcji "pani niedotykalskiej", niedotlenionej mózgownicy i przekrwionych oczu. Gdyby istniała opcja wymazywania wspomnień, kto wie, czy nie skorzystałabym z niej dzisiaj. Bo z poszanowaniem całej dobroci mego życia, ostatnie 4 godziny wolałabym sobie zdilitować. W zamian za to podjęłam jednak próbę wskrzeszania tego co dobre z mojego twardego dysku, wspomagając się delikatnie  gorszej jakości dyskiem komputerowym. Bo co jak co, ale w swój mózg wierzę niezmiennie. Bo choć technologia nie jest najnowsza ( trzydziecha), ma jednak całkiem dobre parametry. Zamykam zatem oczy i odtwarzam sobie sobotnią sweet escape... Plastry na stopach dodają pikanterii moim wspomnieniom. Pierwszy raz widziałam śnieg w lipcu i poczułam się , jakbym całe życie spędziła w Kalifornii. Wdrapałam się na kolejny w życiu ponad-dwutysięcznik, doceniłam swoje  silne udo ( silne czytaj : odbiegające od wymarzonego :) ), złaziłam się za wszystkie czasy ( czytaj: do następnego weekendu), zmęczyłam fizycznie i odpoczęłam psychicznie. Ostatnie 4 kilometry znad Morskiego Oka do parkingu przedreptałam sobie w samych skarpetkach, a przez głowę przemknęła mi nawet myśl, że może czas spróbować chodzić po ogniu :). Reasumując - góry dają niesamowitego motywacyjnego kopa!