18 sie 2015

Rozkładam na czynniki pierwsze bieszczadzkiego naleśnika giganta.






Oficjalnie wychodzę ze strefy urlopu, licząc na miękkie lądowanie w pracy. Grozić mi może delikatna powakacyjna nostalgia, z pewnością też nasilą się u mnie wczesne objawy wypatrywania jesieni. Przez jakiś czas możecie spodziewać się jeszcze  u mnie pourlopowych flashbacków. Dzisiaj jeden z nich. 

Naleśnik. Nie byle jaki naleśnik bo słynny bieszczadzki  naleśnik - gigant z borówkami.

Jedliście podczas pobytu w Bieszczadach? 

Jeśli nie - szybko nadrabiajcie. 

Z wetlińskiej Chaty Wędrowca, do której trafiliśmy bardzo głodni, wprost ze szlaku w ubiegły czwartek. Pierwszy raz spróbowaliśmy  kilka lat temu i wtedy  było go nam tak cholernie mało! We wspomnieniach wybudowaliśmy mu zatem coś na kształt  ołtarzyka,  czcząc jego boski smak i wielką kupę soczystych borówek, którą był posypany. Chociaż Bieszczady leżą o  przysłowiowy rzut beretem od naszych rodzinnych stron, nie było nam po drodze na tego naleśnika od tamtego czasu. Ale, ale... nie bylibyśmy sobą, nie próbując w międzyczasie rozłożyć na czynniki pierwsze składników tego boskiego dania ( którego nazwa, wygląd i receptura są zastrzeżone).  Rzecz jasna, najtrudniej sprawa się ma z ciastem. Na samym początku  uznaliśmy, że  jest ono czymś pomiędzy naleśnikiem a racuchem, nie będąc tak naprawdę w stu procentach ani jednym ani drugim. Wiem, brzmi dziwacznie :)    W ubiegłym roku wydawało się nam, że jesteśmy o krok od rozpoznania jego składu. Oświeciło nas u Madziarów - tam  spróbowaliśmy   ich tradycyjnych placków- langoszy, które swoim smakiem przypomniały nam o naleśniku gigancie. Byliśmy prawie pewni, że to mamy. Tajemnica naleśnika giganta złamana ( langosze smaży się na głębokim tłuszczu,   jest to drożdżowe ciasto z dodatkiem  gotowanych ziemniaków). 

Niestety, chyba  jednak oszukała nas trochę pamięć :)  

Receptura naleśnika  znowu stoi pod znakiem zapytania, bo tegoroczne spotkanie z tym gigantem pozostawiło sporo wątpliwości. To chyba jednak nie jest ciasto jak na langosze. Tomek rzucił hasło, że może parzone jak na ptysie... Dla mnie to już jakaś czarna magia... 

Historia rozkminiania składu jest zatem długa i zawiła, rzekłabym nawet z przymrużeniem oka, że  międzynarodowa.  A naleśnika-giganta w wersji domowej jak nie było, tak nie ma. 

Chodziło  tak  kiedyś za Wami uparcie jakieś danie? Coś zjedzonego wiele lat temu, być może jeden jedyny raz. Smak, który próbowaliście potem odtworzyć? Danie - niby nic niezwykłego, z dobrze znanych składników, wydawałoby się - prosta sprawa do ugotowania w domu. A tu figa z makiem.  

Czekam na jakieś podpowiedzi - kto pomoże rozszyfrować mi tajemną recepturę giganta?   

Marta





8 komentarzy:

  1. Ha! A ja rozszyfrowałam :) Po powrocie z Wetliny stwierdziłam, że nie spocznę póki nie zjem go w domu.
    To jest tzw. funnel cake. Po kilku próbach wyszło :) Polecam spróbować!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. testowane :) trop wydaje się dobry, może to nie jest to samo co w Chacie ale również pyszne. Na facebooku Zakładników udokumentowane zdjęciami efekty działań. Dzieki za podpowiedz.

      Usuń
  2. Dzień dobry :) to ja pomogę :) to nie jest funnel cake :) to jest autorska receptura, dlatego została zastrzeżona w Urzędzie Patentowym RP. Nie ma tam drożdży, ani sody ani nic sztucznego. To po prostu naleśnik ale nie jest płaski i ma pewien magiczny składnik całkowicie naturalny. W naszym menu napisałam długi artykuł na ten temat. Pozdrawiam. Ewa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. och ten magiczny składnik, może jeszcze jakaś mala podpowiedz? :)

      Pewnie nie uda się odtworzyć w domu Waszego naleśnika, ale wszystkie czynione próby i tak kończą się całkiem smacznym efektem :)

      Usuń
  3. Nigdy nie jadłam, choć w Bieszczadach byłam. ;)
    Zjadłabym na poczekaniu takiego! Wygląda rewelacyjnie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. koniecznie nadrób jak będziesz kiedyś w sezonie borówkowym, jest cudowny w smaku.

      Usuń
  4. Nigdy nie byłam w Bieszczadach, i nigdy nie jadłam takiego naleśnika. Tyle do nadrobienia mam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nadrabiaj!!!! Ale pewnie byłaś w innych pięknych miejscach :) Bieszczady są do nadrobienia o każdej porze roku wiec ruszaj jesienią.

      Usuń

dziękuję za odwiedzenie Zakładników Codzienności oraz za Twój komentarz