Ach, być taką zdolniachą... Tworzyć coś, co powoduje niekontrolowany opad szczęki, albo przynajmniej szybsze bicie serca... Przeżywać stany flow od rana do wieczora, nocami zaś doświadczać cudownych iluminacji. Bo wiadomo, że artyści to nocne marki.... Ups, czasem lubią sobie też trochę dłużej , niż taki "przeciętny" człowiek, pospać - więc z tym flow od rana może być trudno... Ale o tym cicho, sza... A zatem wróćmy na start! Ach, być taką zdolniachą. Mieć tak zręczne opuszki palców, mieć tzw.oko. Z byle czego stworzyć Coś przez duże C.. Pielęgnować wizję trochę dłużej, niż do następnej idei beztrosko galopującej w umyśle. Nie poddawać się zwątpieniu, żyć tylko o kawie i dymku. I mieć niegrzeczny charakter - bo wiadomo, że grzeczni siedzą przy biurkach, a niegrzeczni tworzą. Dopasować się jak puzzel do artystycznej układanki... I tu zaczyna się problem, bo mój puzzel za duży albo za mały. Nocą lubię spać. Rano wypijam kawę - lecz nie puszczam dymka ( bez wątpienia udusiłabym się od razu). No i z tą wytrwałością u mnie tak marnie...
10 wrz 2014
9 wrz 2014
Tak pachnie jesień ...
O czym tu dzisiaj? Garstka słów na temat tego i owego, ale w sumie
żadnych konkretów. A we wszystkich poradnikach dla blogujących piszą,
aby nie pisać o niczym. Nie wbijać gwoździ w trumienki swoich blogów
takimi trochę naciąganymi tematami. Serwować za to dobre rady, najlepiej
złote, zaś brak oczywistej weny okrasić wirtualnym milczeniem - bo ono
czasem również bywa tym drogocennym kruszcem. No chyba, że masz
hot-temat, jak np. przegląd skórzanych oficerek albo modnych kaloszy.
Ewentualnie przepis na konfiturę z jarzębiny - zanim jej ptaki do końca
nie powyżerają - czytelnicy zdąża usmażyć sobie kolorowy
przysmak.... No nic, to ja dziś tak na opak. Bez złotych rad,
przeglądów i zestawień. Za to z ulotnymi wrażeniami zapachów jesieni.
Czarna herbata i bursztyn - w nowej świecy. Esencja września. Zmysłowy i przytulny aromat - jak kaszmirowy koc lub ciepła skóra bliskiej osoby. A herbata? Przez letnie miesiące nie wypiłam chyba nawet pół kubka. Ostatnio wciągam hektolitrami. Odurzam się cudownym aromatem earl grey, łagodzę niechciane humory białą. Robię
podchody do zielonej. Wiem, wiem... ponoć bardzo zdrowa. Tylko czy nie
za późno teraz zaczynać pracę nad dołączeniem do grona przyszłych stulatków? :)
Wieczory migają płomieniem świec. Przepuszczam na nie miliony monet (
jak pisze ulubiona Miss Ferreira). Najchętniej kupiłabym beczkę
pszczelego wosku i kręciła je sama. Tylko czy to się kupuje na beczki,
czy może pomyliłam z winem? A nowe świece mają kolor jak mech... On
zawsze oprze się jesieni, jest cudnie zielony, soczysty. Dawniej robiłam
z niego mięciutkie dywany w leśnych domkach. Czasem docierają gdzieś z
zakamarków pamięci ślady zapachu mokrych gałęzi i ziemi, wymiatanych przy sprzątaniu "domków". No tak, okazuje się, że dekorowaniem mieszkań
interesowałam się już ponad 20 lat temu :)
4 wrz 2014
Szukam przepisu na zupę dyniową
Rozpoznaję przeciwnika. Badam, czy skórka jest odpowiednio sprężysta, a kolor ma wystarczającą dawkę słońca. Zahaczam o egzotyczną nazwę - wnikam w rodowody. Owiana nutką tajemnicy nie pozostawia mi wyboru - meczę googla, wypytuję, jestem dociekliwa- jak nigdy. Opracowuję misterny plan podbicia kubków smakowych. To ma być zupa, co wystrzeli nas w kosmos. Nie poddam się łatwo, zgłębię recepturę, rozpracuję proporcje, jak trzeba pojadę do Tunezji po pachnące przyprawy ( ok - przesadzam :). Nie pokonają mnie moje własne stereotypy ( zupa dyniowa jest mdła i nijaka). Nie pokona mnie jej mało interesująca nazwa ( dynianka). Nic mnie nie pokona, dopóki sama, na własne oczy ( a raczej język) nie przekonam się jak jest. Zbieram pomysły i inspiracje. Rozważam imbir albo mleczko kokosowe. Szukam przepisu. A zupa- to be continued !!!
3 wrz 2014
Zatem wrzesień!
Nie da się już dłużej udawać, że nic się nie dzieje. Bo się dzieje. Wyjęłam już czarne botki z szafy, posegregowałam chustki i szale, a mąż wreszcie nie jest za bardzo ciepły na przytulanie ! Taki żywy kaloryferek to zdecydowanie jedna z najlepszych opcji na zbliżające się chłody. Idzie jesień. Stuka swoimi obcasami w chodniki, czasem zamienia je na nieprzemakalne Huntery. W zanadrzu ma też parasolkę, ale i okulary przeciwsłoneczne jeszcze mogą się przydać. Pogodowe rokowania nie są jeszcze przesądzone i Pan Zubilewicz na pewno wciąż negocjuje dla nas trochę słońca. Co poniektórzy szczęściarze dopiero teraz wyjadą na swoje Krety i Rodosy. Cwane boćki też już nas opuściły. Ale my się zimy nie boimy! Więc co tu dopiero mówić o jesieni. Zrobimy sobie zupkę z dyni ( już jest i eksploduje kolorem!), nasuszymy grzybów ( druga partia już w piekarniku, własnoręcznie zebrane :) ). Powłazimy w babie lato - niech obklei nam policzki i włosy! Szczęściarze z areałem wreszcie sprawdzą czy marchewka w tym roku obrodziła i czy dziki nie wyżarły ziemniaków. A Faszionistki mają swoje September Issue, zatem dla każdego coś dobrego !
Ok, ok... byle do wiosny :))
1 wrz 2014
Jaki stolik kawowy wybrać
Dobre wychowanie nakazuje nie mówić o nieobecnych... Who cares? :) W końcu póki go tu nie ma, to i tak się nie dowie. Pewnie z samego mówienia tudzież pisania o nim również się magicznie nie zmaterializuje, nie poskłada do kupy i nie ustawi tuż obok kanapy. Temat jednak złowiony na wędkę umysłu nie opuszcza mnie od dłuższego czasu, zatem postanowiłam się mu dziś bliżej przyjrzeć. Panowie i Panie, mowa dziś o wielkim nieobecnym w moim mieszkaniu czyli stoliku kawowym. Hasło "stolik kawowy" jest puszczane w eter z regularnością pojawiających się w domu gości, którym tak jakoś niewygodnie jest zaserwować kawę lub podsunąć pod nos ciasteczko. Jego brak nie jest aż tak bardzo dotkliwy, by wyć do księżyca z tęsknoty za nim, niemniej jednak kawałek podłogi jest na niego zarezerwowany od dłuższego czasu, i wcześniej czy później ma być. Wewnętrzne rozterki związane z mnogością atrakcyjnych opcji dolewają oliwy do ognia, zaś ograniczona przestrzeń i pustawa kieszeń studzą ten wielce namiętny, stolikowy pożar. Mimo wszystko ciekawych opcji jest kilka. Oto i one. Zatem jeżeli zastanawiasz jaki wybrać stoli kawowy, zapraszam do zapoznania się z moim przeglądem.
![]() |
| źródło: 1.bp.blogspot.com |
30 sie 2014
Mini-serniczki z ricotty i kilka nowości
Przyznaję, że to chodzi za mną dosyć często. Uparcie, wręcz upierdliwie drepcze za mną krok w krok. Ja do salonu - to do salonu. Ja do łazienki - to do łazienki. Ja do kuchni - to i ono też. A w kuchni jest najgorzej, bo tam potrafi mnie przyprzeć do ściany, zabarykadować mi drogę i przejąc kontrolę nad moim ciałem. Wtedy to kieruje moje ręce w te wszystkie miejsca, w których pochowane ma swoje tajne oddziały... A to w szufladzie ( uzbrojone ptasie mleczko), a to w słoiku ( cała banda ciasteczek i czekoladek), w najlepszym wypadku na paterę z owocami. Słodkie cholerstwo chodziło za mną i wczoraj. Przyparło atak i nie dawało za wygraną. I jeszcze podjudzało, że jak Tomek wróci do domu, to będzie mu tak miło, jak zastanie takie nowe ciasteczko. Wierciło dziurę w brzuchu, łaskotało w podniebienie. No to upiekłam. Mini -serniczki limonkowe (z ricotty).
p.s. To to nic innego jak nieodparta ochota na coś słodkiego. Można spróbować to zrzucić z balkonu, ale nie zawsze się da :)
29 sie 2014
Połwysep Tihany nad Balatonem
Akcja reanimacja - wskrzeszam wakacyjny nastrój i przedłużam agonię
lata. Przynajmniej do poniedziałku. A potem niech się dzieje co chce...
Wrzesień rządzi się dla mnie już jesiennymi prawami. W Tihany zaś
rządził rwący potok turystów, mit o cudnej lawendzie i pobliski
Balaton. To urocze miasteczko uratowało jak dla mnie reputację tego
ostatniego. Bo gdybym kiedykolwiek miała wrócić nad Balaton to tylko do
Tihany. Miasteczko z bogatą opcją dla turystów, w klimacie "kicz
kontrolowany". Paprykowe wieńce, lawendowe mydełka, kubki, kubeczki,
spodeczki... Poddaję się!!! Naprawdę ładne. Nawet gdybym bardzo chciała
popsioczyć, że wiocha, że tandeta, że istny bazar.... Po prostu mi się
podobało :) No mucha nie siada!
26 sie 2014
Wychowaj globtrotera!
Miało nie być jesiennej anhedonii a tu proszę, nastrój płata mi takie figle... Owsianka mi dziś nie smakuje, radio mnie wkurza, podłoga znowu brudna... No i ile można żłopać tej "kawki" na poprawę humoru? Uśmiecham się właśnie z politowaniem z siebie samej. Cnoto autoironii! Dobrze, że ciebie mam! Najlepiej mnie ratujesz gdy zaczynam niebezpiecznie dryfować w stronę ględzenia, mendzenia i zbytniego zdziecinnienia. Taka szybka "pionizacja" i przywołuję się do porządku. Bo to, że jestem słońcolubna nie oznacza, że jego zupełna dzisiaj nieobecność może usprawiedliwić moje zmienne nastroje. A trochę deszczu przecież się przyda, bo inaczej grzyby nie urosną. No i dzieci też :) A propos dzieci. Wczoraj odwiedziliśmy małą Anię i była to nasza pierwsza wizyta u niej. Ania jest na świecie dopiero od kilkunastu dni i ma w swoim małym nosku to, co ktoś jej przyniesie. Niemniej jednak my nie mieliśmy w swoich większych nosach tej sprawy i dzielnie przyłożyliśmy się do wyboru upominku dla niej. I nie miało to nic wspólnego z pampersowym tortem, o nie!
Wydawnictwo Dwie Siostry
24 sie 2014
Luksusowa niedziela
Zamiast szykować niedzielny rosół, po prostu się do niego rozbiorę. Naoliwię ciało i jeszcze nie tak stare stawy drogocennym złotem z Maroka. Może pokuszę się o kroplę aromatu skradzionego kwiatom z dalekich wysp. Kwiatom o nazwach jakich nigdy wcześniej nie słyszałam. Przyodzieję się potem w jakieś drogie fatałaszki. Jedwabie i futra to dosyć rzadki widok na mym ciele, jednak przy niedzieli zrobię wyjątek. Ekstrawagancja sięgnęłaby zenitu, gdybym pod moje futro założyła tylko perły, więc powstrzymam mą próżną naturę i osadzę się troszkę bliżej ziemi. Przewertuję Vogue September Issue by znaleźć jakąś ciekawą kieckę, albo może zdecyduję się na vintage z małego, paryskiego butiku? Pomyślę o ostrygach na kolację. Zapomnę o ostrogach od niebotycznych labutinow...
Zycie jakie jest, każdy wie. Regularnie kończy się szampon i pasta do zębów. Jeśli za często smażysz frytki na kolację, to kończy się też 5-kilowy zapas ziemniaków. Świat nie zaskakuje cię coraz to nowym widokiem z okna. Raczej gapisz się przez jedno i to samo, które czeka cierpliwie na swoją kolej do mycia. Bez owijania w bawełnę, wciąż za rzadko muskasz skórę jedwabiem i prawdziwą wełną. Proza życia przyozdobiona jest w acryl, który tylko w czasie wyprzedaży cenią sobie po ludzku. W szczycie sezonu ceny i tak zwalają z nóg, a ciuchy z tym co organic mają tyle wspólnego, co ja z egzotyczną pięknością. Ale ja dzisiaj poudaję, że jestem kobietą luksusową. Przyjrzę się nowym kolekcjom, zacznę oswajać trendy. Taki niedzielny window shopping, tylko że z kanapy. Przez moje małe, internetowe okienko na świat. Zapraszam na mój wybór zdjęć z najnowszych kampanii mody. Rzeczy, których pewnie szybko nie wciągnę na swój skromny grzbiet :) Ale co tam, piękne rzeczy warto sobie przynajmniej w taki sposób zobaczyć.
22 sie 2014
Budapeszt - moje wrażenia
Gdybym wiedziała, że tam jest tak pięknie, proces porannego wstawania nie trwałby od 4 do 6.30....
Ale trwał. O 4 budzik przestawiliśmy na 6. O 6 postanowiliśmy jeszcze trochę poleżeć. O 15 zaczęłam żałować, że jednak nie wstałam o 4. Podjęłam jednak mocne postanowienie poprawy i zamiar zaprzestania żałowania czegokolwiek. 3 dni później żałowałam, że nie zostałam tam dłużej. W ogólnym rozrachunku niczego nie żałuję, tylko chcę tam wrócić :) Budapeszt. Miasto i mosty do zapamiętania na długo. Nadreptałam tam mnóstwo kilometrów, miałam swoje ulubione "ścieżki" blisko wspomnianych mostów, bardzo szybko poczułam się jak u siebie. To zresztą moja immanentna cecha, szybko odnajduję się w nowych miejscach. Egzamin z zaliczania obowiązkowych atrakcji zdany na tróję na szynach, bo i słynnym Funikularem się nie przejechałam, nie odnowiłam biologicznie w łaźniach i nie zrobiłam selfie pod Parlamentem. Oddałam się natomiast wielkiej przyjemności łazęgowania i udało mi się w tak krótkim czasie trochę "poczuć" to miasto. Romantycznych zagubień w terenie nie było, gdyż Mąż jest niezwykle dobrym nawigatorem i czyta mapę tak płynnie jak ja najnowsze trendy w Harper's Bazaar. W ramach mini-poradnika wakacyjnego mam dla Was jedną, główną poradę: po prostu się tam wybierzcie. Koniec kropka.
| Piękny kościół na starówce Budy. Wejście do środka płatne. |
29 lip 2014
#TROPY
Dawno moich tropów tutaj nie było. W przypływie cieplejszych uczuć do mojego bloga, postanowiłam chwilowo obdarzyć go większą uwagą, może nawet wrócę do mojej wtorkowej mini-serii. Urlop nieśmiało rysuje się na horyzoncie, więc blog i tak wie, co go czeka. Daję mu jeszcze światełko nadziei i mamię jesiennym zaangażowaniem. Choć może przydałby się bardziej jakiś kopniak na rozpęd? :) Zatem nadstawiam moje cztery litery ( w sensie takie cztery : B-L-O-G :), oczekując na sporą dawkę pomysłów i zapału. Zamierzam być wakacyjnym wampirem energetycznym i gdziekolwiek się znajdę ( bo plany są, ale raczej jeszcze mgliste) wysysać ultrafiolety ze słońca, wyhodować sobie jakąś nową, posłoneczną zmarszczkę i zasiać morze piegów na nosie. Do tego wszystkiego pragnę najeść się świeżych fig do syta, ale ostatecznie mogę zadowolić się arbuzem i nektarynkami.
27 lip 2014
Jak wykorzystać bilety z koncertów do wykonania dekoracji
Energii zostało mi tylko tyle, by przetrwać ostatni tydzień w pracy. Każda komórka mojego ciała przesiąknięta jest oczekiwaniem. Ktoś kiedyś zaprogramował je na lipcowe urlopowanie, więc w tym roku dostały pstryczka w nos. Staram się zatem nie wykonywać zbyt wielu niepotrzebnych ruchów, bo mi się jeszcze kompletnie zbuntują. Ciało mam jakby oderwane od woli. Chociaż bardzo chcę to słabo mi wychodzi. Świat atakuje mnie latem i natrętnymi muchami, organizm zaś spuchniętymi stopami. Aktywność umysłowa spada poniżej stanu krytycznego. Tęsknie wypatruję raz słońca raz deszczu i jakiejś weny na horyzoncie. Próbuję przetrwać ten czas umysłowej posuchy posilając się starymi pomysłami. To właśnie jeden z nich.

.jpg)




